RPWL - God Has Failed

Artur Chachlowski,
ImageRPWL? Cóż to za dziwoląg? Dlaczego zespół uznawany za największe progresywne odkrycie 2000 roku przyjął tak bardzo nieprogresywną nazwę? Rozszyfrujmy zatem: R – to Phil Paul Risettio (dr), P – Chris Postl (bg). W – Karlheinz Wallner (g), a L – Jurgen „Yogi” Lang. (v,k).  Inna wersja mówi, że ten tak bardzo zainspirowany twórczością Pink Floyd zespół nazwał się czterema pierwszymi literami tytułów wykonywanych przez siebie coverów: „Run Like Hell”, „Pigs”, „Welcome To the Machine” i „Lucifer Sam”. A skoro o pinkfloydowskich coverach już mowa, to odsyłam zainteresowanych do MH 10’2000, gdzie omawialiśmy tribute album „Signs Of Life”. Jego prawdziwą ozdobą jest 10 minutowa wersja utworu „Cymbaline”, właśnie w wykonaniu RPWL. Już wtedy brzmienie zespołu wydało się nam intrygujące i z ogromną niecierpliwością oczekiwaliśmy na wydanie pierwszej płyty RPWL z premierowym materiałem. No i ani trochę nie rozczarowaliśmy się. Na albumie „God Has Failed” znajdujemy kawał naprawdę wybitnej muzyki. Muzyki nie tak bardzo odległej od tego, do czego przyzwyczaił nas sprzed laty Pink Floyd. Mamy to sporo eksperymentów i zabawy z dźwiękami, wszechobecne są tu fragmenty filmów, zmiany kanałów radiowych, rozmowy telefoniczne, świergot ptaków,  a gdyby komuś tego było mało, to brzmienie gitary, basu i klawiszy momentami do złudzenia przypomina atmosferę znaną z pinkfloydowskich „Ech”, „Wish You Wetre Here”, czy Keep Talking”. Cała płyta najbliższa jest jednak do klimatów, które znamy z płyty „The Division Bell”, z tym tylko, że RPWL gra tu zdecydowanie lżej, zwiewniej, i radośniej. Nie wierzycie? Tylko posłuchajcie: od pierwszej chwili, od pierwszego dźwięku przenosimy się w świat magii i fantazji. Ani przez moment nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z albumem wybitnym. Już dwa pierwsze utwory „Hole In The Sky” oraz  „Who Do You Think We Are” podnoszą poprzeczkę bardzo wysoko. I gdy wydaje się, że poziom i napięcie muszą za chwilę gwałtownie opaść, nagle rozlegają się cudowne akordy fenomenalnej kompozycji „In Your Dreams”, stanowiącej prawdziwy punkt kulminacyjny albumu. A przecież dalsza część płyty także nie przypomina zjazdu w dół po równi pochyłej. Oto słyszymy przecież melodyjny „Crazy Lane”, oto za chwilę powraca temat „Hole In The Sky”, no i jest wreszcie finałowe nagranie „Farewell”. Jego zakończenie  potrafi głęboko wcisnąć w fotel i gdy wydaje się, że to już koniec wielkiego misterium, po trwającej wieczność sekundzie absolutnej ciszy z głośników znowu dobiegają magiczne dźwięki. To delikatna, akustyczna miniaturka „God Has Failed”. Niczym przed laty „Pigs On The Wing” na albumie „Animals” stanowi ona fantastyczną codę tego fenomenalnego wydawnictwa. Te wszystkie pinkfloydowskie porównania nasuwają się same i obecne są przez cały czas trwania tego albumu. Nic w tym dziwnego. Od razu słychać, że Jurgen Lang posiada iście gilmourowski głos, a wszyscy muzycy z zespołu zafascynowani są swoimi wielkimi poprzednikami. Lecz moim zdaniem, chociaż dla wielu może to wydać się świętokradztwem, panowie z RPWL swoją debiutancką płytą w sposób ewidentny przebili dokonania Mistrzów, szczególnie te z postwatersowskiego okresu działalności Pink Floyd.
MLWZ album na 15-lecie