Solstice - Circles

Artur Chachlowski,
ImageNajpierw był album „Silent Dance”. Ukazał się on na przełomie 1983 i 84 roku. Wtedy właśnie zaczęto mówić o odrodzeniu progresywnego rocka. Debiutowało wówczas spore grono cenionych dziś wykonawców: Marillion, Pendragon, Galahad, IQ, Pallas, czy Twelfth Night. Wśród nich była też grupa Solstice. Potem nastąpiła niczym nie wytłumaczona bardzo długa przerwa. W 1993r. pojawiła się druga płyta zespołu pt. „New Life”. Po kolejnym, tym razem już nie tak długim okresie oczekiwania mamy nowy krążek tej brytyjskiej grupy, która wśród licznego grona sympatyków gatunku zdążyła już obrosnąć sporą legendą. Słuchając albumu „Circles’ od razu na myśl przychodzi refleksja, że najlepsze czasy formacji Solstice już dawno minęły. Ale wcale nie dlatego, że płyta „Circles” nie zawiera ciekawej muzyki, czy też umiejętności muzyków są już nie takie, jak kiedyś. Po prostu: tak się już teraz nie gra. Czas okazuje się nieubłagany w przypadku tak długiej przerwy i rzadkiej przez ostatnie lata obecności w świadomości słuchaczy spragnionych artrockowych wrażeń. Trochę zmienił się skład zespołu, bowiem z oryginalnego członków grupy pozostało już tylko dwóch muzyków: Andy Glass (g) i Marc Elton (viol). Mamy za to nową wokalistkę Emmę Brown i perkusistę Clive’a Bunkera. Bunker to bynajmniej nie żaden nowicjusz. To on współorganizował kiedyś zespół Jethro Tull, to on grał na najwcześniejszych, tych jeszcze bluesowych płytach tej grupy, to on uczestniczył w sesji do najsłynniejszego chyba albumu w dorobku Jethro Tull „Aqualung”. Po latach milczenia powrócił on do muzycznego życia z grupą Solstice.

Kto choć raz zetknął się z muzyką tego zespołu ten wie, że pełna jest ona celtyckich odniesień, że śliczny wokal ulatuje w najwyższe rejestry, przez co często określamy go mianem anielskiego, że spokojne, ciekawie rozwijające się melodie intrygują od pierwszej do ostatniej minuty, że ciągle coś ciekawego w muzyce Solstice się dzieje i nie pozwala nawet na sekundę nudy. Taki jest też album „Circles”. Spięty niczym klamrą dwoma instrumentalnymi utworami („Salu” to wspaniałe intro do zaskakująco rozwijającej się kompozycji tytułowej, a „Coming Home” to prześliczna coda wieńcząca całą płytę), a po drodze znajdujemy takie perełki, jak mądry tekstowo utwór „Thank You”, zniewalający „Medicine”  i bodaj najlepszy na płycie „Sacred Run’. Dlaczego więc nie stawiam temu albumowi notki 5, czy nawet pozaregulaminowej szóstki? Pewnie dlatego, że „Circles” zupełnie nie trafia w swój czas. Album ten ukazał się po prostu o conajmniej 10 lat za późno. Dzisiaj, w dobie sporej konkurencji trzeba inaczej przykuwać uwagę progresywnego słuchacza. Bo inaczej  - choć wszyscy sympatycy Solstice czekali właśnie na taką płytę - posłuchamy całego materiału raz, może dwa razy i... odłożymy go na półkę. Na następne 10 lat, a może i na dłużej...

MLWZ album na 15-lecie