Abraham, Lee - Black & White

Artur Chachlowski,

ImageCałkowicie inną drogę, niż Dean Baker z jego formacją After The Storm (recenzja płyty "Where Do We Go From Here" tutaj), wybrał na swój solowy album inny członek grupy Galahad, basista Lee Abraham. Można by rzec, że nie ograniczał się on niczym. Rozmach, bogate instrumentarium, długie, wieloczęściowe kompozycje oraz mnóstwo, mnóstwo wspaniałych gości z pierwszych stron „prog rockowych gazet” – to tylko niektóre „narzędzia”, którymi Lee posłużył się przy realizacji pomysłu na swój nowy album.

Płyta „Black & White” ma dość ciekawą konstrukcję. Trwa ona ponad godzinę i na jej program składa się zaledwie sześć kompozycji. Otwiera ją krótki, zaledwie dwuipółminutowy instrumentalny wstęp zatytułowany „And Speaking Of Which…”, w którym na tle delikatnych, syntezatorowych i perkusyjnych loopów, rozlegają się dźwięki pinkfloydowskiej gitary. To wielce intrygujący wstęp, nie mający, nawiasem mówiąc, zbyt wiele wspólnego z resztą materiału wypełniającego ten album. Bo zaraz po nim mamy na „Black & White” trzy piosenki. Każda z nich utrzymana jest w innym stylu i każda śpiewana jest przez innego wokalistę. „Face The Crowd” ze względu na ostre brzmienie gitar ma nieco metalowy wydźwięk, ale posiada też bardzo melodyjny refren, ciekawy bridge oraz dwie przecudowne solówki na gitarze. Na nylonowych strunach gitary popisuje się swoją techniką sam główny bohater, Lee Abraham, a zaraz potem mamy ostre, nieomal szaleńcze solo na gitarze elektrycznej. To wszędobylski John Mitchell, który później jeszcze kilkakrotnie pojawi się na tej płycie. W utworze „Face The Crowd” śpiewa Sean Filkins, którego znamy z formacji Big Big Train. O ile w swojej macierzystej formacji wykonuje on głównie spokojny, rozmarzony repertuar, to w tym utworze demonstruje on całkowicie inne, nieznane swoim fanom, rockowe, nieomal drapieżne oblicze. Tak więc sumując, „Face The Crowd” to dobry, dynamiczny opener i intrygujący wstęp do tego, co za chwilę będzie można usłyszeć w dalszej części albumu.

Kolejny utwór na płycie to „The Mirror”. Do jego nagrania Abraham zaprosił braci Simona (Tinyfish) i Jema (Frost*) Godfreyów. No i w efekcie otrzymaliśmy piękną balladową pieśń utrzymaną w podniosłym, dostojnym klimacie opatrzoną w dodatku fantastyczną solową partią gitary (w wykonaniu niejakiego Simona Nixona).

Czwarty utwór na płycie to „Celebrity Status” śpiewany przez Gary’ego Chandlera z grupy Jadis. Jego charakterystyczny głos do tego stopnia zdominował to nagranie, że brzmi ono prawie tak, jakby pochodziło z repertuaru Jadis właśnie. No, może to, co odróżnia je od klimatu współczesnych kompozycji tego zespołu, to liczne partie instrumentów klawiszowych (gra na nich Lee Abraham) oraz kolejne efektowne, charakterystyczne gitarowe solo w wykonaniu Johna Mitchella. Było, nie było, „Celebrity Status” wydaje się jednak najmniej progresywnym utworem na płycie.

Cztery utwory na płycie już za nami, a to dopiero 22 minuty muzyki. Resztę, a więc ponad pół godziny trwają dwie wielowątkowe, bardzo rozbudowane tytułowe kompozycje: „Black” i „White”. Obie bardzo dobre, składające się z kilku, płynnie przechodzących jedna w drugą części, utrzymane na bardzo wysokim poziomie. Pomimo tego, że każda z nich trwa około kwadransa, to atmosfera panująca w każdej z nich z osobna sprawia, że wydają się one bardzo strawne i bardzo przyjazne w odbiorze. Pierwszą z nich śpiewa Sean Filkins, a za partie wokalne w drugiej odpowiada Steve Thorne (ten od „Emocjonalnych postaci” 1 i 2). „Black” wydaje się być utworem odrobinę ciekawszym kompozycyjnie i ze względu na „przymglony” wokal Filkinsa nieco bardziej mrocznym, ale przez cały czas bardzo, bardzo melodyjnym. W utworze tym zwracają na siebie uwagę świetne partie grane przez Abrahama na Hammondzie oraz – znowu! – efektowne solówki w wykonaniu Mitchella. Nie ukrywam, że „Black” to mój ulubiony utwór na tym krążku.

Z kolei „White”, który niewiele ustępuje swojemu poprzednikowi, to wokalny popis Thorne’a. Chwilami barwa jego głosu do złudzenia przypomina mi Phila Collinsa, i pewnie dlatego ten utwór swoim klimatem nawiązuje do ducha długich kompozycji grupy Genesis z płyty „We Can’t Dance”. W każdym razie świetnie słucha się tych dwóch rozbudowanych utworów i dla nich samych warto się wysilić, by wejść w posiadanie tego albumu. Muzyka, którą na nim słyszymy idealnie wpisuje się swoim stylem w klimat twórczości takich brytyjskich grup, jak It Bites, Kino, Big Big Train, Frost* czy The Urbane. Lee Abraham postarał się, by każdy znalazł na płycie „Black & White” coś miłego dla siebie: szczyptę atmosferycznej muzyki instrumentalnej, dobry prog metalowy numer, balladową pieśń, mainstreamowy utwór rockowy oraz dwie świetne neoprogresywne suity.

Wszystkie teksty i muzykę skomponował sam Lee Abraham, który zagrał na tej płycie na swoim koronnym instrumencie, czyli gitarze basowej, instrumentach klawiszowych, a także na gitarach.

Wysoki poziom wykonawczy zagwarantowany został przez liczne grono znakomitych gości, których Lee zaprosił do nagrania tej płyty. Warto podkreślić, że oprócz wymienionych już przeze mnie muzyków, grupę tę uzupełnia jeszcze jego kolega z Galahadu, Dean Baker (k), oraz perkusista Gerald Mulligan, a nad finalnym miksem płyty czuwał nie kto inny, jak sam Karl Groom (Treshold, Shadowland).

„Black & White” to bardzo dobry album. Bardzo „brytyjski” w swoim wydźwięku i niezwykle „progresywny” w swoim brzmieniu. Jak dla mnie jest on sporym wydarzeniem i niespodziewanym objawieniem 2009 roku.

P.S. Jest jeszcze jeden szczegół, za który tak bardzo cenię ten album. Już po wybrzmieniu ostatniej nuty ostatniego wymienionego na okładce płyty utworu oraz po kilkudziesięciu sekundach ciszy rozpoczyna się jeszcze jedno sześciominutowe nagranie. Wspaniała melodyjna i bardzo chwytliwa piosenka. Po prostu „hidden track”. Ale tak piękny i tak wspaniały, że mógłby być ozdobą niejednej płyty. Śpiewa Steve Thorne. Śpiewa przewspaniale… Zapytałem Lee o tytuł tego utworu. Odparł: „ta piosenka nie ma tytułu, chciałem nią zakończyć mój album w jakiś specjalny sposób”. Lee, udało się! Nie dość, że cała płyta jest bardzo udana, to jej zakończenie – palce lizać!!! Gratuluję!

 
MLWZ album na 15-lecie