Transatlantic - The Whirlwind

Artur Chachlowski,

ImagePowrócili po ośmiu latach milczenia. Powrócili po przymusowej hibernacji związanej z podyktowaną względami religijnymi decyzją Neala Morse’a o zakończeniu jego zespołowej działalności w grupach Spock’s Beard i Transatlantic.

Na naszych łamach pisaliśmy o tym, że Neal poświęcił się twórczości religijnej, wydał serię płyt z pieśniami chwalącymi dzieło Stwórcy (stali Czytelnicy MLWZ mogli na bieżąco śledzić tę ścieżkę jego działalności, gdyż każdorazowo donosiliśmy o nowych muzycznych projektach tego muzyka), ale z roku na rok coraz chętniej powracał do swojej stricte rockowej twórczości. Nagrał kilka bardzo dobrych solowych albumów (wiem, że są tacy, którzy twierdzą, że ciągle gra i śpiewa na nich to samo, ale ja będę go zawsze bronić; będę nawet bronić twierdzenia, że od lat jest on największą osobowością w świecie progresywnego rocka), powrócił do działalności koncertowej, a teraz skrzyknął kolegów z Transatlantica i wydał z nimi świetny (znowu!) krążek zatytułowany „ The Whirlwind”. Nie zdziwiłbym się, gdyby za rok, dwa zasilił szeregi swojego macierzystego Spock’s Beard…

Transatlantic. „The Whirlwind”. Płyta, na jaką czekała cała prog rockowa społeczność. No, bo ośmioletnia przerwa w działalności tej formacji wcale nie przyniosła wypełnienia luki przez innych wykonawców w postaci nagrywanych z równym pietyzmem albumów. Nie narodził się nikt, kto grałby z takim rozmachem, z taką epicką swobodą i nieskończonym muzycznym patosem, równie udanie kontynuując przy tym najlepsze epickie tradycje symfoniczno-rockowych albumów.…

Transatlantic powrócił. I bardzo dobrze, że tak się stało… Choć na nagranie płyty panowie znaleźli w swoich napiętych terminarzach zaledwie siedem kwietniowych dni, kiedy to spotkali się w studiu w Tennessee, by skomponować główne partie basu i perkusji oraz klawiszowe osnowy, na które potem nałożyli ścieżki gitarowe, fortepianowe i wokalne. Ale zostały one nagrane już indywidualnie przez każdego członka zespołu we własnym studiu, a te – jak wiadomo – znajdują się w tak odległych od siebie zakątkach świata, jak Uppsala, Nowy Jork, Aylesbury czy Nashville. Ale na szczęście nie miało to żadnego negatywnego wpływu na jakość muzyki, którą słyszymy na płycie „Whirlwind”.

Ten długo oczekiwany album ukazuje się w trzech formatach: jako jednopłytowe wydawnictwo zawierające jeden 78-minutowy utwór, jako dwupłytowy album z dodatkowym krążkiem zawierający dołożony materiał audio, a także jako wersja deluxe z dodatkowym materiałem DVD dokumentującym kilkudniową wspólną pracę w studiu.

My zajmiemy się podwójnym albumem, którego bonusowy krążek zawiera osiem utworów trwających łącznie prawie godzinę. Połowę z nich stanowią ulubione przez członków Transatlantic covery. I tak, panowie Morse, Stolt, Portnoy i Trewavas wzięli się tym razem za nie byle jakie klasyki: mamy tu „The Return Of Giant Hogweed” z repertuaru Genesis, wspaniałą wersję „A Salty Dog” z dorobku Procol Harum, połączone ze sobą wątki z utworów zatytułowanych „I Need You” grup The Beatles i America oraz pełen ognistej energii instrumentalny utwór „Soul Sacrifice” z repertuaru Carlosa Santany. Ponadto na krążku tym znalazły się cztery premierowe nagrania Transatlantica, które nie zmieściły się w zasadniczym programie płyty. Nic dziwnego, bo obiektywnie rzecz ujmując, swoim poziomem odstają one od tego, co słyszymy w megasuicie „Whirlwind”. Tak naprawdę, to godny polecenia wydaje się jedynie skomponowany przez Morse’a utwór „For Such A Time”. Nota bene wykorzystuje on pewne muzyczne motywy z finałowej części „Whirlwind”. Reszta oryginalnych bonusowych utworów nie pozostaje długo w pamięci. Dwa z nich zostały skomponowane przez Roine’a Stolta i brzmią, jakby były żywcem wyjęte z któregoś albumu jego Kwiatowych Królów, a trzeci, „Lending A Hand” – wspólne dzieło Pete’a Trewavasa i Neala Morse’a – dłuży się i męczy monotonią (trwa blisko 9 minut) i nie pozostawia po sobie nic, do czego chciałoby się często wracać. W sumie więc płytka nr 2 to taki krążek na szkolną czwórkę: bardzo dobre covery i średniej jakości materiał oryginalny.

Ale przejdźmy w końcu do podstawowego krążka. W odróżnieniu od dwóch poprzednich płyt grupy Transatlantic nie znajdujemy na nim kilku wielowątkowych suit, a właściwie jedną długą, trwającą 78 minut kompozycję, która składa się z 12 połączonych ze sobą rozdziałów. Od razu trzeba zaznaczyć, że jako zamknięta całość materiał broni się doskonale, a poszczególne jego fragmenty doskonale komponują się ze sobą, płynnie i niezauważalnie przechodząc jedne w drugie.

Płyta „Whirlwind” rozpoczyna się od mocnego akcentu w postaci dziesięciominutowej patetycznej uwertury, w której następuje takie nagromadzenie licznych (zarówno wokalnych, jak i instrumentalnych) tematów, że można by nimi obdarzyć niejedną naprawdę dobrą płytę.

Zaraz po niej następuje chwytliwy fragment z doskonałym refrenem „The Wind Blew Them All Away”, po którym pojawia się z lekka jazzujący temat „On The Prowl”. Zresztą nie ma co opisywać całej płyty fragment po fragmencie. Jest na niej tyle świetnych momentów i pojawiają się one z taką częstotliwością, że chwilami wydaje się, że w ogóle nie ma czasu na głębszy oddech. Każda część suity jest bardzo wyrazista. Po kilku przesłuchaniach, choć poszczególne części zlane są w jedną całość, z łatwością dają się one rozpoznać i demonstrują swój indywidualny charakter.  Tempo, różnorodność, a przede wszystkim wspaniałe wykonanie – takimi wyróżnikami album zachwyca od pierwszej do 78 minuty. Posiada on wszelkie cechy klasycznego, symfoniczno-rockowego wydawnictwa i niewątpliwie nawiązuje do najlepszych dzieł epoki lat 70.

Płyta posiada swoją dramaturgię. Zaczyna się jak u Hitchcocka – od wielkiego trzęsienia ziemi, a potem napięcie narasta z minuty na minutę. Album „Whirlwind” z każdym swoim kolejnym fragmentem nabiera tempa i wyrazu.  Są tu podniosłe, epickie fragmenty (jak wspomniana już przez mnie „Overture / Whirlwind”, a przede wszystkim kończące płytę tematy „Is It Really Happening?” oraz „Dancing With Eternal Glory / Whirlwind (Reprise)”, a także umieszczony gdzieś pośrodku płyty „Rose Coloured Glasses”), jest mnóstwo karkołomnie zagranych, a przy tym zachwycających pasaży instrumentalnych, nieskończona jest ilość fenomenalnych melodii, są powracające tematy, zachwyca różnorodność klimatów, a także wysoki poziom kompozycyjny i wykonawczy. Cały czas słychać, że na płycie grają prawdziwi profesjonaliści. Czterech jedynych w swoim rodzaju artystów, których łączy to, że spośród współczesnych wykonawców chyba nikt inny jak oni nie czuje takiego powinowactwa z najlepszymi wzorcami tradycyjnie rozumianego rocka symfonicznego. Bo nie ma obecnie drugiej takiej kapeli, jak Transatlantic. Nie ma innego zespołu, który nie tylko ze względu na tworzące go indywidualności, ale przede wszystkim z uwagi na jakość granej przez niego muzyki, zasługiwałby bardziej na miano prawdziwej Supergrupy.

„Whirlwind” należy uznać za bardzo udany powrót Transatlantica. Kilkuletnia przerwa wyszła tworzącym go muzykom na dobre. Ich muzyka nabrała świeżości i jeszcze większego polotu. Niektóre fragmenty tego wydawnictwa (jak chociażby ostatnie 20 minut) należą do najlepszych w dorobku zespołu, a zarazem są chyba jednymi z lepszych kompozycyjnie tematów, które kiedykolwiek wyszły spod ręki Neala Morse’a. Choć nadal wyraźnie słychać, że to on jest głównym motorem Transatlantica, to tym razem nieco bardziej prominenta rola przypadła Stoltowi, który najwyraźniej jest autorem co najmniej kilku tematów („A Man Can Feel”, „Out Of The Night”, „Evermore”, instrumentalnego łącznika „Pieces Of Heaven”, a kto wie, czy nie jeszcze jazz rockowego „On The Prowl”?). Warte podkreślenia jest też czynne wokalne uczestnictwo panów Portnoya i Trewavasa, co nie jest przecież codziennym zjawiskiem. O tym, że potrafią nieźle śpiewać świadczą chociażby ścieżki wokalne z ich udziałem w „Out Of The Night” czy „Set Us Free” (panie Trewavas, czy nie nadszedł już czas, by zastąpić w macierzystej formacji wyjącego Stefka H.?).

Na koniec jeszcze jedna mała uwaga. Gdy tak słucham sobie uważnie płyty „The Whirlwind” zauważam, że w wielu fragmentach przewija się duch muzyki zespołu The Beatles, szczególnie z późniejszego okresu jego działalności. Proszę posłuchać tematów „Set Us Free”, „The Wind Blew Them All Away”, „Out Of The Night” czy refrenu „Lay Down Your Life”. Zresztą fascynacje członków zespołu twórczością liverpoolskiej Wielkiej Czwórki znane są nie od dziś (kto słuchał koncertowych płyt Transatlantica, ten wie o czym piszę) i tak sobie myślę, że tak, jak Transatlantic gra na „The Whirlpool”, graliby pewnie Beatlesi, gdyby doczekali dzisiejszych czasów i postanowili sprawdzić się w prog rockowym repertuarze.

Podstawowy program płyty „The Whirlwind” to niewątpliwie rzecz z najwyższej półki. Na pewno nie jest to płyta, która jest łatwa w odbiorze. Już samo przebrnięcie przez wszystkie zawiłości, w których lubuje się Transatlantic wymaga od słuchacza sporej cierpliwości. Wymaga też sporej ilości czasu, bo w dzisiejszym rozpędzonym świecie znalezienie 80 minut czasu na wysłuchanie jednego (!) utworu graniczy wręcz z cudem. Ale warto i znaleźć czas, i uruchomić swoją cierpliwość. Muzyka, która usłyszycie na tym albumie odpłaci Wam z nawiązką. Progresywny album roku? Kto wie? W każdym razie na pewno mocny kandydat do tego miana.

MLWZ album na 15-lecie