T.Phan - Last Warrior

Artur Chachlowski,

ImagePoczątków grupy T.Phan należy szukać w drugiej połowie lat 70., kiedy to w paryskich klubach swoje pierwsze kroki stawiała formacja o nazwie Tai Phong. Jeżeli ktoś nie zna dziejów francuskiej sceny rockowej sprzed lat, to powiem, a może przypomnę, że w Tai Phong działał jeden z bardzo popularnych później autorów piosenek, Jean-Jacques Goldman, oraz walijski gitarzysta Michael Jones, którzy byli współautorami wielkiego – swego czasu – hitu pt. „Sister Jane”.  W grupie Tai Phong współpracował z nimi m.in. perkusista Stephan Caussarieu. Zespół rozwiązał się w 1979 roku i drogi każdego z tworzących go muzyków rozeszły się na dobre.

Teraz szybciutko przeskakujemy w czasie do teraźniejszości. Kilka miesięcy temu, wspominany już perkusista, Stephan Caussarieu, postanowił powrócić do formuły melodyjnego art rocka i kontynuować dzieło Tai Phong, lecz pod odrobinę zmienionym szyldem. Swój projekt nazwał T.Phan i w październiku ubiegłego roku wydał album zatytułowany „Last Warrior”. Tytuł adekwatny jest do rzeczywistości, gdyż T.Phan to właściwie zespół jednoosobowo prowadzony przez Caussarieu. Nie tylko obsługuje on instrumenty perkusyjne, ale gra też na gitarach i instrumentach klawiszowych, a także śpiewa. Wziął on na swoje barki rolę „ostatniego wojownika”, którego wolą jest kontynuowanie dzieła popularnej swego czasu francuskiej art rockowej formacji.

I faktycznie, można by rzec, że „Last Warrior” to taki „self-made album”, co zresztą bardzo wyraźnie słychać w trakcie blisko godziny muzyki wypełniającej to wydawnictwo. Przeważa na nim raczej spokojna, zrelaksowana atmosfera, tylko od czasu do czasu naznaczona ostrzejszym rockowym pazurem. Tak sobie myślę, że trudno tą płytę nazwać dziełem prog rockowym, a nawet rockowym, gdyż dużo na niej elektroniki, jazzujących sekwencji, a uszy odbiorcy dość często zalewa kaskada dźwięków będących wycieczką w krainę muzyki Wschodu.

Od czasu do czasu pojawiają się jednak na płycie piosenkowe tematy oparte na melodyjnych liniach fortepianu, które nadają muzyce T.Phan bardziej „art rockowego” charakteru. A że barwa głosu Caussarieu odrobinę przypomina wokal Andy Latimera, to przynajmniej w kilku fragmentach płyty (jak na przykład w „Livin’ God Part 1”, „A Little War”, „Walking Alone”, „New York Light’s On” czy w będącym hołdem dla pamiętnej katastrofy rosyjskiej łodzi podwodnej utworze zatytułowanym „Lost In The Koursk”) pojawia się klimat znany ze starych płyt Camela. Spośród 14 wypełniających ten album utworów aż 5 to tematy instrumentalne, które są albo miniaturkami zagranymi na fortepianie („After Storm Piano”) albo elektronicznymi sekwencjami pełnymi soundscape’ów („Intro To Nothin’”, „Livin’ God Part 2”).

Pomimo tego, co przed chwilą napisałem (bo mogłoby się pewnie z powyższego opisu wydawać, że to bardzo eklektyczna płyta), największą wadą tego wydawnictwa jest jego monotonia. Poszczególne utwory są do siebie bardzo podobne. Zbyt podobne, co w połączeniu z brakiem wystarczającego poweru, jaki powinna nieść ze sobą muzyka, sprawia, że album „Last Warrior” podpada niestety pod kategorię z etykietką „album przeciętny”.

Prawdopodobnie ucieszy on tylko tych słuchaczy, którzy pamiętają dokonania Tai Phong i będą teraz w muzyce T.Phan chcieli dostrzec swoisty pomost pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Czy go dostrzegą? Zaczynam w to wątpić…

PS. Gdyby jednak spróbować zakłócić kolejność utworów na płycie i zaprogramować wyłącznie te, które wymieniłem powyżej przywołując podobieństwa do grupy Camel, to otrzymalibyśmy dość przyjemną 30-minutową porcję muzyki. Spróbowałem tego i… płyta „Last Warrior” (a właściwie jej część) nabrała całkowicie innego wymiaru…

www.musearecords.com

MLWZ album na 15-lecie