Cosmograf - End Of Ecclesia

Przemysław Stochmal,

Image„End of Ecclesia” to drugi album brytyjskiego multiinstrumentalisty Robina Armstronga, kryjącego się pod kryptonimem Cosmograf. Artysta wymyślił sobie tę płytę jako concept-album traktujący o konflikcie pomiędzy nauką a religią. Temat całkiem poważny, stwarzający, jak by się mogło wydawać, szerokie możliwości dla muzycznej interpretacji. Zawartość albumu, choć miejscami intrygująca, niespecjalnie jednak zaspokaja oczekiwania, jakie może rozbudzić znajdująca się na stronie internetowej Cosmograf wzmianka dotycząca przedmiotu muzyczno-lirycznych rozważań na „End of Ecclesia”.

Podstawową przywarą tego albumu, która zarówno pomniejsza wartość artystyczną płyty jako całości, jak i dyskredytuje wyraźnie ambitne i pomysłowe podejście do muzyki Robina Armstronga, jest fakt, iż to album dość nierówny – zarówno pod względem stylistycznym, jak i, nazwijmy to – jakościowym. Choć sam muzyk bez ogródek przyznaje się do różnorodnych muzycznych inspiracji, to jednak wydaje się, że mieszanie gatunków w jego przypadku nie do końca odbywa się w ramach artystycznego umiaru. Przewodnią muzyczną myślą „End of Ecclesia” jest z całą pewnością rock progresywny oraz  klasyczny hard rock – rozwiązania charakterystyczne dla tych gatunków na tej płycie najsilniej dochodzą do głosu, w związku z czym w pewnym stopniu definiują one styl Cosmograf. Spójność albumu burzą zatem kompozycje, choć ciekawe, to jednak brzmiące jak gdyby nieco przypadkiem przyplątały się z innej muzycznej „bajki”. Z jednej strony gdzieś w środku płyty pojawia się tradycyjny renesansowy „Good Company Will End” – choć w wypadku tej właśnie gitarowo-fletowej miniatury rodem z płyt Blackmore’s Night fakt dołączenia jej do zestawu kompozycji był zapewne jak najbardziej świadomym „zagraniem” – Armstrong bowiem otwarcie pochwala fuzje rockowego grania z muzyką dawną. Z drugiej jednak strony pojawiają się ni stąd ni z owąd brzmienia, których obecność w tym koncepcie wydaje się być już zupełnie trudna do uzasadnienia – mam na myśli nagrania „Evolution Railroad” i „Flowers in My Hair”, którym Brytyjczykowi udało się dość sugestywnie nadać charakter muzyki rockowej amerykańskiego Południa – solidne to utwory, jednak album za ich sprawą nieco traci muzyczną integralność.

Nie do końca udało się Armstrongowi zapanować również nad spójnością płyty w sensie wykonawczym, a tym bardziej produkcyjnym. Choć na płycie sporo jest nagrań ciekawych, zarówno tych bardziej rozbudowanych, jak i bliższych piosenkowym formom, to niestety zdarzają się momenty, które w pewnym stopniu psują dobre wrażenie. Zwłaszcza dotyczy to nagrań „Sins of the Father” i „La Iglesia”. Pierwsze z nich, otwierające płytę, rozpoczyna się dość niefortunnie – gitarowym riffem zakrawającym na naiwne próby garażowego mierzenia się z Black Sabbath. Na szczęście, dalej jest zdecydowanie lepiej i utwór jako całość broni się naprawdę nieźle – na uwagę zasługuje zwłaszcza intrygująca linia wokalu, oraz bardzo celnie zastosowane partie chóralnych śpiewów. Podobnie rzecz ma się w przypadku utworu „La Iglesia” – ładną, nostalgiczną rozmowę gitar klasycznej i elektrycznej przerywa fragment brzmiący zupełnie jak demo dobrze zapowiadającej się partii instrumentalnej z solem gitary. To jeden z fragmentów, który bezlitośnie daje do zrozumienia, że album produkowano w domowych warunkach, co na szczęście większej części albumu udało się zachować w tajemnicy.

Można by zaryzykować stwierdzenie, że Robinowi Armstrongowi znacznie bliżej do specjalisty od utworów, aniżeli twórcy dobrych płyt. „End of Ecclesia” uznać można bowiem jako zestaw całkiem solidnych kompozycji, których dobrze się słucha i może pod takim właśnie kątem warto ten krążek oceniać.

MLWZ album na 15-lecie