D Project

Abacus - Destiny

Przemysław Stochmal,

ImageTrzeba przyznać, że niemiecki Abacus to trudny do zatopienia okręt pośród bander klasycznych rockowych zespołów pochodzących z kraju naszych zachodnich sąsiadów. Powstały na początku lat 70. jako chcąc nie chcąc w pewnym stopniu element krautrockowej muzycznej kultury Niemiec tamtej dekady, wydawszy cztery albumy, z płyty na płytę stawał się zespołem proponującym coraz bardziej przystępną muzykę zakorzenioną w stylu rocka progresywnego. W połowie lat 70. Abacus rozwiązał się, by kilka lat później wydać jednego singla i umilknąć na kolejne dwadzieścia lat. Po wydaniu premierowego materiału w 2001 roku kilka lat znów było o nim cicho, a gdy przed dwoma laty rozpoczęto prace nad nową płytą, oryginalny wokalista i autor tekstów Chris Williams zmarł. Abacus jednak znalazł nową osobę na jego miejsce i tak oto powstała najświeższa propozycja grupy, zatytułowana „Destiny”.

Słuchając nowego albumu Niemców nie sposób zaprzeczyć, że oto mamy do czynienia z artystami doświadczonymi w swoim fachu. I choć samo brzmienie płyty oparte na programowanej perkusji, co w tym wypadku było raczej średnio trafionym pomysłem, a także na momentami rażąco „syntetycznie” brzmiących instrumentach klawiszowych, po części dyskredytuje wysiłki, jakie w tworzenie materiału włożyli tak doświadczeni muzycy, to z kompozycyjnego punktu widzenia „Destiny” jest albumem udanym. Na jego program składa się sześć utworów, które mimo niekrótkiego czasu trwania (od siedmiu do trzynastu minut) stanowią bardzo zwarte, logiczne formy. I choć miejscami pojawiają się pewne dłużyzny, to zespół niejednokrotnie udowadnia, że dłuższe niż potencjalne piosenki kompozycje potrafi urozmaicić bez trudu. Tak jest choćby już w otwierającym album „When I Depart” - rasowo rockowym utworze, w którym ni stąd ni z owąd pojawia się „barokizujący” przerywnik, brzmiący zupełnie naturalnie, tak jest również w najdłuższym „The Light” – tu główny temat melodyczny snujący się przez większość utworu został przedzielony kilkuminutowym przerywnikiem z gitarą akustyczną i brzmieniami naśladującymi melotron.

Z tą być może niekoniecznie kreatywną, ale jak najbardziej sensowną kompozycyjną logiką, jaką demonstruje niemiecki Abacus, dobrze współgra wyjątkowa melodyjność prezentowana przez każdy utwór składający się na „Destiny”. I choć te łatwo zapadające w pamięć melodie wyśpiewuje obdarzony momentami niestety dość irytującym głosem wokalista, mogący budzić skojarzenia z wokalem Roine Stolta, to jednak wraz ze Stefanem Mageneyem, bo tak nazywa się ów nowy wokalista Abacus, całkiem przyjemnie nuci się liczne melodyjne fragmenty albumu. A zważywszy na fakt, że od czasu do czasu przez płytę przewijają się iście emersonowskie harmonie i patenty, brzmiące przy tym z pewnością nie archaicznie, to nie sposób nie wyrazić się ciepło o tym albumie. I choć zapewne dla wielu będzie to album na trzy-cztery odsłuchy, to czas ten raczej nie powinien być czasem straconym.

www.musearecords.com

MLWZ album na 15-lecie