Arilyn - Virtual Reality

Artur Chachlowski,
ImageMinęły 3 lata od ukazania się poprzedniej płyty tego niemieckiego zespołu i oto mamy w ręku następczynię gorąco przyjętego przez krytykę i fanów albumu „Tomorrow Never Comes”. Nowa płyta zgodnie ze swoim tytułem porusza tematykę otaczającego nas świata, w którym już dawno uległy zatarciu wszelkie granice pomiędzy rzeczywistością, a tym co nierealne. Muzycznie Arilyn niemal wzorcowo wpisuje się w nurt neoprogresywny. W materiałach informacyjnych zespół definiuje swą muzykę jako mieszankę „melodic” i „art”  rocka, nazywając siebie zespołem „space rockowym”. Definicja ta może wydać się całkowicie złudna, szczególnie dla tych słuchaczy, którym pojęcie to kojarzy się np. z zespołami pokroju Hawkwind. Brzmienie Arilyn to typowa neoprogresywna ściana dźwięku, gładkie melodie i wypolerowana, nieskazitelna wręcz produkcja. Jeżeli komuś prog kojarzy się z brzmieniem akustycznych instrumentów zabarwionych melotronem, to musze lojalnie ostrzec, że propozycje Arilyn są wzięte z zupełnie innej bajki. Stosunkowo blisko im do produkcji innej niemieckiej grupy Everon, czy amerykańskiego Ice Age. Nie chcę powiedzieć, że płyta „Virtual Reality” to zły album. Ale wydaje się ona jakaś dziwnie gładka, zbyt ułożona, a  w efekcie odrobinę mdła. Brakuje jej pewnego elementu zaskoczenia, nieprzewidywalności, czy po prostu muzycznej soli i pieprzu. Jak zaczęli na początku, tak skończyli po 63 minutach. Zbyt oczywista dla mnie to płyta. Nie ratuje jej nawet najciekawsza moim zdaniem kompozycja „Reality”, ładnie okraszona długą saksofonową solówką graną przez Sebastiana Mettenheimera.
MLWZ album na 15-lecie