Jethro Tull - Songs From The Wood

Przemysław Stochmal

ImageJethro Tull jest zespołem, którego muzykę próbowano szufladkować na wszelkie możliwe sposoby. Istotnie, liczba ponad dwudziestu wydanych regularnych płyt studyjnych zawierających premierowy materiał w przypadku tej barwnej formacji sprzyja tworzeniu różnorodnych sądów na temat, jak w jednym słowie określić gatunek muzyczny prezentowany przez Brytyjczyków. Tak zatem w odniesieniu do muzyki Jethro Tull pojawiają się rozmaite określenia: blues rock, hard rock oraz najpopularniejsze wśród nich, czyli rock progresywny oraz folk rock. Pochodząca z 1977 roku płyta „Songs from the Wood” jest najznakomitszą fuzją owych dwóch stylów, jakie najczęściej przypisuje się grupie.

Do ścisłego grona gwiazd rocka progresywnego Jethro Tull wdarł się już w 1972 po wydaniu znakomitego albumu „Thick as a Brick”, podtrzymując gatunkowe tendencje na wydanym rok później „A Passion Play”. Folkowe odniesienia w muzyce grupy wyraźne były natomiast zwłaszcza na płytach „Aqualung” oraz „Minstrel in the Gallery”, jednak pełen wydźwięk zyskały właśnie od płyty z 1977 roku, która stała się pierwszą częścią popularnej folkowej trylogii. „Songs from the Wood” jednak pod każdym względem zdecydowanie przewyższa klasą następujące po nim albumy „Heavy Horses” i „Stormwatch”.

Ianowi Andersonowi i spółce na „Songs from the Wood” udało się pogodzić artystyczne skłonności reprezentowane na wcześniejszych płytach, a mianowicie kompleksowość progresywnych rozwiązań, folk rozumiany jako inspirację muzyką dawną oraz zamiłowanie do ludyczności w muzyce, a także tendencje hardrockowe. Mimo różnorodnych stylów, jakie wykorzystano w tworzeniu materiału na album, nie sposób czynić zarzutu z tak obfitego ich łączenia, gdyż Jethro Tull, który przyzwyczaił swoich odbiorców do brzmienia fletu jako prowadzącego instrumentu w zespole rockowym, posiadł także umiejętność równie przekonującego zbliżania teoretycznie obcych sobie gatunków, czego wyrazem są kompozycje wypełniające „Songs from the Wood”. Nie sposób bowiem oprzeć się wrażeniu, że utrzymany w bliskim „Aqualung” pół-akustycznym charakterze „Velvet Green” bez barokowych odniesień nie byłby tym samym, genialnym kawałkiem muzyki, a choćby do głębi rockowy „Pibroch (Cap in Hand)” bez historyzującego, „minstrelskiego” solo na flecie i piszczałkach w samym swoim sercu nie byłby tym samym muzycznym majstersztykiem.

Fachowe i godne podziwu łączenie gatunków nie jest jednak jedyną i najważniejszą zaletą tego albumu. Uwagę zwraca również umiejętność tworzenia utworów o potencjale przebojowym, będących przy okazji bogatym zbiorem stricte… progrockowych pasaży („Songs from the Wood”, „Cup of Wonder”). Imponuje ponadto świetne wykonawstwo, opierające się na całym arsenale przeróżnych instrumentów. Przede wszystkim jednak zachwyca to, w jak niesamowity sposób udało się zespołowi  nadać muzyce charakter faktycznie tożsamy ze zwiastunem tkwiącym w tytule albumu – bogactwo brzmień i wykorzystanych instrumentów z całą pewnością miało nie mniejszy wpływ na tę stronę zawartej na płycie muzyki, aniżeli na jej „dawny” charakter.

Podziwiając muzykę zawartą na „Songs from the Wood” wypada dziękować Ianowi Andersonowi za konsekwentność, z jaką w latach 70. starał się rokrocznie zadowalać swoich fanów premierowymi albumami. Kto wie, gdyby płyta nie powstała jeszcze na początku 1977 roku, a więc w dziesięć miesięcy po poprzedniczce, być może Andersonowi zabrakłoby argumentów wobec punkowej rewolucji i powstałby co najwyżej przeciętny jako całość album pokroju „Heavy Horses”. Na szczęście, zamiast gdybania możemy, w myśl przesłania okładkowej grafiki, nastawić igłę na wybrany słój i oddać się tej wspaniałej, kolorowej, „leśnej” muzyce.

MLWZ album na 15-lecie Tangerine Dream w Polsce: dodatkowy koncert w Szczecinie The Watch plays Genesis na koncertach w Polsce już... za rok Airbag w Polsce na trzech koncertach w październiku Gong na czterech koncertach w Polsce Dwudniowy Ino-Rock Festival 2024 odbędzie się 23 i 24 sierpnia