Magenta - Home / New York Suite

Artur Chachlowski,
ImageNie ma co ukrywać, w ostatnim czasie cały progresywny świat szaleje na punkcie grupy Magenta. Dwie pierwsze studyjne płyty tego zespołu „Revolutions” (2001) i „Seven” (2004) zrobiły na słuchaczach i krytykach ogromne wrażenie, co niewątpliwie pozwoliło zespołowi na zadomowienie się w ścisłej czołówce najbardziej popularnych współczesnych wykonawców gatunku. Nic dziwnego, że z niecierpliwością czekaliśmy na pojawienie się nowego wydawnictwa Magenty. Pierwsze doniesienia mówiły, że „Home” ma  być albumem podwójnym. Ale w marcu lider Magenty, Rob Reed poinformował, że aby uniknąć pułapki muzycznych dłużyzn, w którą tak łatwo wpaść pracując nad tak ogromną porcją muzyki,  tudzież by nie uczynić podwójnego wydawnictwa trudno przyswajalnym, a  w konsekwencji by nie rozczarować swoich fanów, zespół postanowił nieco skondensować swój materiał i pomieścić go na jednym krążku. Według słów Reeda celem ćwiczenia miało być wydanie „bardzo dobrej pojedynczej płyty grupy Magenta”, a nie zaledwie „dobrego podwójnego albumu”. Czy zamierzenie to powiodło się? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tej recenzji.

Przy okazji zespół postanowił zmierzyć się z jeszcze jednym problemem. Co zrobić ze skomponowaną już muzyką, która nie zmieściła się w zasadniczym programie nowego albumu? Otóż członkowie grupy Magenta postanowili opracować ją na nowo, dopisać kilka tematów i ubrać ją w jedną, pięcioczęściową suitę „New York Suite”, która trwa 40 minut i która w swej części literackiej stanowi uzupełnienie historii opowiadanej na płycie „Home”. Doszliśmy więc do sedna sprawy. Nowa płyta grupy „Magenta” jest koncept albumem. Albumem, którego fabuła opowiada o losach pewnej dziewczyny, emigrującej u progu lat 70-tych ubiegłego stulecia z Liverpoolu do Stanów Zjednoczonych. Przybywa do Nowego Jorku, mieszka na Manhattanie, a następnie odbywa podróż do miejscowości Fargo w Północnej Dakocie. Podróż pełna jest rozczarowań i smutnych zwrotów akcji, ale wreszcie bohaterka odnajduje dla siebie swój prawdziwy, tytułowy dom. I to dom nie tylko w znaczeniu miejsca zamieszkania, ale dom rozumiany w zdecydowanie szerszym kontekście – harmonii, spokoju i szczęścia. O tym opowiada fabuła albumu „Home”. Epizod z życia na Manhattanie ilustruje wspomniana już wcześniej „nowojorska suita”. Za scenariusz całej historii oraz teksty poszczególnych utworów odpowiedzialny jest Steve Reed, brat lidera Magenty – Roberta, który  z kolei skomponował i wyprodukował całą muzykę oraz zagrał na gitarach, basie, fortepianie, syntezatorach oraz mandolinie. Na płycie „Home” towarzyszą mu Chris Fry  (g), Martin Rosser (g), Dan Fry (bg), Allan Mason – Jones (dr) oraz Christina Booth, która swoim fantastycznie brzmiącym głosem po raz kolejny udowodniła, że powoli staje się najznakomitszym wyróżnikiem stylu grupy Magenta. W kilkuosobowym gronie muzyków, którzy gościnnie wystąpili na albumie „Home” warto podkreślić udział jednego. Raz, ze względu na znamienite nazwisko i niezaprzeczalną renomę, a dwa - za wspaniałe solo zagrane na dudach (Uilleann pipes) w finale zasadniczego programu płyty. Chodzi o Troya Donockleya, funkcjonującego na co dzień w grupie Iona. Nie pierwszy raz wsparł on Magentę i nie pierwszy raz nadał płycie tego zespołu prawdziwego kolorytu i blasku.

Na program płyty „Home” składa się 15 utworów o zróżnicowanej długości. Niektóre z  nich, jak „Brave New Land”, „The Dream”, czy „The Traveller’s Lament” trwają zaledwie minutę z  sekundami. Inne, jak „Joe” – ponad 11 minut. Uprzedzając wszelkie wątpliwości przyznam szczerze, że muzyka na albumie „Home” rozwija się tak miarowo i płynnie, a przejścia jednego utworu w następny odbywają się w sposób niedostrzegalny. Sama muzyka, przy kompletnym braku jakiegokolwiek śladu monotonii, wydaje się niezwykle spójna i jednorodna. Dokładnie taka, do jakiej Magenta przyzwyczaiła swoich fanów na swoich poprzednich płytach. Pod tym względem nie ma więc na „Home” żadnych niespodzianek i rewelacji. I bardzo dobrze, gdyż zespół nie sili się na żadne niepotrzebne zmiany w sprawdzonej i docenionej już nie raz przez fanów metodzie. Trudno nie schylić czoła przed talentem kompozytorskim Reeda. W jego głowie rodzi się mnóstwo wspaniałych muzycznych pomysłów, będących prawdziwym hołdem złożonym najlepszym czasom progresywnego rocka oraz najwybitniejszym przedstawicielom gatunku. Cały czas w muzyce Magenty, a na płycie „Home” słychać to szczególnie wyraźnie, wyczuwalny jest pewien fluid powinowactwa z kompozycjami Genesis, Yes, Pink Floyd, czy Renaissance. Niekiedy można wręcz pomyśleć, że niektóre rozwiązania są nieomal cytatami z floydowskich „Psów” (końcowy fragment „Truth”), czy genesisowskiego „Baranka na Broadwayu” („Demons” i „The Visionary”). Ale to wcale nie przeszkadza w odbiorze tej pięknej i udanej płyty. Znajdziemy na niej prawdziwy przekrój przez wszelkie możliwe symfoniczne klimaty i nastroje – od liryzmu, aż po patos. Przy tym zespół wcale nie jest zapatrzony wyłącznie w przeszłość. Ani przez moment nie zachowuje się kunktatorsko. Śmiało i odważnie wprowadza nowe elementy w swej twórczości (wzruszająca, nieomal minimalistyczna interpretacja wokalna z towarzyszeniem mandoliny w „Morning Sunlight”, czy saksofonowe solo Lee Goodala w „Moving On”), niemniej - powiedzmy to szczerze - wcale nimi nie szokuje. Bo wszystkie te nowinki idealnie wpisują się w wielokrotnie sprawdzoną magentowską konwencję. Sprawia to, że lubimy tę płytę i jej atmosferę od pierwszego przesłuchania. A potem, za każdym kolejnym razem – jej piękno potęguje się i narasta. Na „Home” nie ma żadnego muzycznego przepychu, wszystko jest tu wyważone, logiczne i płynne. Zespół hołduje stylistyce prostoty i pozwala swojej muzyce przemawiać za siebie. Tu wszystko ma swój sens, logikę i odpowiednie miejsce. Płytę otwiera spokojna, nastrojowa melodia „This Life” z prześlicznym wokalem Christiny. Jej występowi na „Home” należy się osobna wzmianka. Niczym najlepsza aktorka idealnie wcieliła się w rolę głównej bohaterki albumu i uczyniła to w sposób ze wszech miar cudowny i chwytający za serce. Jej partie wokalne są prawdziwą ozdobą całego albumu. Z tego lirycznego wstępu wyłania się bardziej rockowy numer „Hurt”, w którym zespół w całej okazałości demonstruje swoje ogromne możliwości i talent. A zaraz potem rozpoczyna się już bardziej złożona kompozycja „Moving On”. A potem... potem na płycie „Home” jest coraz piękniej i coraz wspanialej. Nie ma sensu po kolei omawiać poszczególnych utworów. Pisałem już, że płynnie i wręcz niezauważalnie przechodzą one jeden w drugi. W efekcie otrzymujemy 68-minutową zwartą całość, która rozwija się w sposób przejrzysty i przemyślany, osiągając swój punkt kulminacyjny w finałowym utworze „Home”. Ale takich klimatycznych „pików” jest na tej płycie więcej. Najprędzej zapadając w pamięć „Demons”, „Towers Of Hope”, czy pełen epickiego rozmachu „Joe”. Pomimo tego śmiem twierdzić, że „Home” to niesamowicie równa płyta. Bez słabych punktów i gorszych momentów. W dodatku to płyta, której przekaz zdecydowanie narasta w miarę coraz lepszego poznawania. To album, który idealnie znosi próbę czasu i nie nuży ani przez chwilę. Album, który pozwala lśnić muzyce Roberta Reeda i spółki niczym brylant w przepięknej oprawie. Jedyny problem, jaki się tu pojawia, to brak wyodrębnionego choćby jednego utworu, który mógłby zaistnieć samodzielnie jako swoista wizytówka całej płyty i który mógłby być tak wyrazistym i „przebojowym” fragmentem, jak na przykład „Anger”, czy „Lust” z albumu „Seven”. Ale czy to rzeczywiście jest jakiś problem?

Na koniec jeszcze kilka zdań o dodatkowym krążku dołączonym do podstawowej płyty. Jest to zamknięta muzyczna całość, która dołożona jest tylko do limitowanej ilości pierwszego nakładu albumu „Home”. Warto pamiętać o tym, że „Home”, to album pojedynczy, a wspomniany dołączony krążek jest tylko jego uzupełnieniem, mogącym istnieć samodzielnie w całkowitym oderwaniu od zasadniczego albumu. Na potwierdzenie tego zespół Magenta poinformował niedawno, że „New York Suite” ukaże się za kilka miesięcy jako całkowicie odrębne wydawnictwo. Dodatkowym elementem, który przemawia za jej odrębnością jest fakt, że muzyka Magenty na „nowojorskiej suicie” jest jakby bardziej surowa niż na „Home”. Nie jest chyba aż tak dopieszczona i wycyzelowana, i wydaje mi się, że w pewnym sensie stara się nawiązywać do wczesnego, pamiętanego z niektórych fragmentów płyty „Revolutions” klimatu kompozycji zespołu. Podzielona jest na 5 części, z których ostatnia jest zaledwie 80-sekundową repryzą tematu „This Life”. Cztery pozostałe to około dziesięciominutowe fragmenty muzyczne, które w subtelny sposób łączą w sobie pozorny kontrast pomiędzy złożonością i chropowatością muzyki, a delikatnością wokalnej interpretacji. By uspokoić zaniepokojonych Czytelników, obawiających się że materiał powstały z tematów, które nie zmieściły się w zasadniczym programie płyty „Home”  to jakaś gorsza muzyczna jakość, powiem, że „nowojorska suita” nie jest żadnym odrzutem, czy towarem wybrakowanym. Posiada ona odrobinę (ale tylko odrobinę!) odmienny klimat niż „Home”, ale ani przez moment nie wyrzeka się wszelkich charakterystycznych cech dla muzyki zespołu. „Home” i „New York Suite” to jakby dwie twarze tej samej Magenty. Choć podobne, to ozdobione jakby innym makijażem. W sumie stanowią one 108 minut nowej, wspaniałej muzyki tej tak powszechnie lubianej grupy. 108 minut cudownych dźwięków w kolorze magenta. Poznając je nie zawiodłem się ani trochę. Warto było na nie czekać.

MLWZ album na 15-lecie