Ashtar - Urantia

Artur Chachlowski,
ImageOd razu zaznaczę, że to płyta pełna niesamowitych kontrastów i niespodzianek. Grupa Ashtar  pochodzi z Brazylii, lecz jej produkcje to nie ogniste rytmy samby, a muzyka pełna… celtyckich odniesień. Mnóstwo tu klimatów wyjętych wręcz ze stylistyki Clannad, czy z płyt Enyi. Właściwie cały czas czuje się tu atmosferę zamglonych łąk, zielonych pastwisk, ośnieżonych szkockich gór. Ale to nie wszystko. W te celtyckie rozmarzone nastroje  Ashtar wplata, i czyni to w bardzo umiejętny sposób, ostre rockowe riffy. A więc spróbujmy zdefiniować: mamy tu jakby irlandzki folk wymieszany z heavy metalem. Ale nie koniec na tym niespodzianek. Delikatnemu głosowi prześlicznej wokalistki Fernandy Mesquity przeciwstawiony jest na płycie „Urantia” wokal, a  właściwie typowy growling w  wykonaniu Luiza A. Garcii. Tradycyjnym instrumentom (dudy, flety) towarzyszy przez cały czas ostro grające rozbudowane rockowe instrumentarium. Wszystko to opatrzone jest narracją, krótkimi instrumentalnymi łącznikami i w efekcie otrzymujemy trwający blisko godzinę album z 11 świetnie brzmiącymi tematami. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że tak odległe od siebie i kontrastujące ze sobą elementy ułożą się w zgrabną logiczną całość składającą się na spójny album, który posiada swój własny niepowtarzalny, intrygujący klimat. Wszystkie te pozorne przeciwności pasują do siebie w sposób idealny. „Urania” to bardzo wyrazista płyta mająca w sobie to „coś”, co zdecydowanie wyróżnia ją na tle innych. Czyni ją tym samym dziełem bardzo oryginalnym, nowatorskim, powodującym, że nie sposób przejść nad nią w sposób obojętny. Love it or hate it. Ja wybieram to pierwsze. Lubię być tak mile zaskakiwany…
MLWZ album na 15-lecie