D Project, The - Big Face

Artur Chachlowski,

ImageStéphane Desbiens to muzyk, który grał na instrumentach klawiszowych na pierwszej płycie grupy Red Sand „Mirror Of Insanity” (2004). Później rozpoczął karierę solową, a właściwie stanął na czele własnej, efemerycznej formacji o nazwie The D Project, która dorobiła się już trzech płyt długogrających. Cechą wspólną tych wydawnictw jest to, że Stéphane, oprócz stałych współpracowników (Mathieu Gosselin, Jean Gosselin, Francis Foy) zaprasza do nagrań znane postaci ze świata progresywnego rocka. Takie prawdziwe prog rockowe gwiazdy. I to nie byle jakiego formatu. I tak, na pierwszej płycie The D Project „Shimmering Lights” można było usłyszeć: Martina Orforda (IQ), Tomasa Bodina (The Flower Kings) i Freda Schendela (Glass Hammer), a na drugim krążku – „The Sagarmatha Dilemma” – Stuarta Nicholsona (Galahad), Johna Greena (Singularity) oraz Bretta Kulla (Echolyn).

Nie inaczej jest na najnowszej płycie tej kanadyjskiej formacji. Tym razem Desbiens zaprosił do udziału w swoim nowym przedsięwzięciu zatytułowanym „Big Face” basistę Tony Levina (gra on finałową partię w kończącym płytę utworze „They”), słynnego kubańskiego saksofonistę Giovany’ego Orteagę (gra w tym samym utworze oraz w porywającym instrumentalu „Conspiracy”), a także kanadyjską wokalistkę Claire Vezinę oraz klawiszowca Lalle Larssona (obydwoje występują w nagraniu „Poussiére de lumiére”). Ale największą gwiazdą występującą na albumie „Big Face”, przynajmniej z punktu widzenia polskiego sympatyka rockowej muzyki, jest wokalista grupy Quidam, Bartosz Kossowicz, który śpiewa w najdłuższej na płycie (i chyba najlepszej) kompozycji tytułowej.

I jeszcze jedno. Nad masteringiem całości czuwała kolejna gwiazda prog rockowej branży – Andy Jackson, mający w swym dorobku współpracę między innymi z grupą Pink Floyd.

To tyle suchych informacji statystycznych związanych z najnowszym albumem The D Project. Co możemy powiedzieć o samej muzyce wypełniającej to wydawnictwo? Na pewno sympatycy dobrego (neo)progresywnego grania nie będą zawiedzeni. Niezłe utwory (wspomniałem już o tytułowym „Big Face” – to niewątpliwie jeden z najwspanialszych fragmentów płyty. Ale trzeba też podkreślić urodę nagrania „Anger Pt. 1&2”, a szczególnie świetnych partii granych tu na 12-strunowych gitarach, a także zamykającej płytę kompozycji „They”, która jest godnym ukoronowaniem tego niewątpliwie bardzo dobrego albumu) przeplatają się tu jednak z nieco mniej ciekawymi nagraniami, co powoduje, że emocje wyzwalane w trakcie słuchania płyty falują niczym sinusoida. No bo weźmy na przykład sam początek płyty – „Anger Pt.1&2”. To naprawdę świetna kompozycja. Ale już przy następującej po niej rozkrzyczanej trzeciej części tego utworu emocje opadają do zera. Zaraz po niej mamy świetnie zinterpretowane przez Kossowicza nagranie „Big Face”, które odrobinę przypomina mi quidamowskie „Sanktuarium”. Nieźle jest też w kolejnym utworze „Conspiracy”, choć mam wrażenie, że jakby za dużo się w nim dzieje i zespół, zbyt często zmieniając tempo, nie trzyma w nim jednolitej stylistyki. A później jest już na płycie zdecydowanie słabiej. Miałkie na tle innych i niewiele wnoszące utwory: pop rockowy „Kids Will Never Know”, nieco pokręcony „Macondo” i chyba najsłabszy w całym zestawie „So Low” niespodziewanie wydają się być klasycznymi „zapchajdziurami”. Do całości nie pasuje też zaśpiewany przez Vezinę po francusku „Poussiére de lumiére”. Na szczęście koniec w postaci wielobarwnej kompozycji „They” udanie dźwiga emocje ku górze…

Zarzuciłbym temu albumowi zbyt dużą eklektyczność, lub, jak kto woli, zbyt dużą różnorodność stylistyczną. Jakby Desbiens chciał na „Big Face” zrealizować zbyt wiele niezbyt pasujących do siebie pomysłów. Nie udało mu się ich chyba zebrać w spójną całość, przez co album nieco „faluje”, co skutkuje tym, że nie przykuwa uwagi odbiorcy w równym stopniu od początku do samego końca. Chwilami wydaje się, że The D Project usiłuje brzmieć na swoim nowym albumie jak Pink Floyd, czasami jak King Crimson, chwilami jak Dire Straits, a czasem jak Quidam lub SBB. I niewątpliwie wpływa to na nieco niższą, niż w przypadku na przykład poprzedniego krążka, ocenę.

Ale żeby sprawa była jasna: „Big Face” nie jest płytą złą. Ma swoje świetne (i to liczne!) momenty. Wydaje mi się tylko, że niepotrzebnie panuje na niej aż tak duży rozrzut stylistyczny. Na miejscu Desbiensa, który – co tu dużo mówić – naprawdę nieźle czaruje swoją grą na gitarach i syntezatorach, pokusiłbym się o nieco większą homogeniczność aranżacyjno-stylistyczną całości. Tak więc, żeby wszystko było jasne: za wykonanie wystawiam tej płycie szkolną piątkę, za pomysły – czwórkę, a za ich wcielenie w życie – trójeczkę. Co w sumie i tak daje mocną czwórkę z wyraźną rekomendacją, że są na tym albumie takie utwory, które powodują prawdziwy pozytywny opad szczeny i wywołują ciarki rozkoszy na plecach. 

MLWZ album na 15-lecie