Findlay, Heather - The Phoenix Suite EP

Artur Chachlowski,

ImageDecyzja Heather Findlay o opuszczeniu grupy Mostly Autumn dla wielu wydała się szokiem. Przecież ten doskonale funkcjonujący zespół, który działał pod kierownictwem utalentowanego duetu Heather Findlay – Bryan Josh w ciągu zaledwie niewiele więcej niż 10 lat stał się czołowym przedstawicielem progresywnego gatunku, raz po raz wydając świetne płyty i każdorazowo przemieniając swoje koncerty w pamiętane długo rockowe spektakle.

I nagle, mniej więcej rok temu, dowiedzieliśmy się, że drogi spółki kompozytorskiej Findlay – Josh rozchodzą się. Niepewność co do losów obu „połówek” była ogromna, wszak historia zna wiele przypadków, że takie artystyczne „rozwody” nikomu dobrze nie zrobiły. Dziś jednak jesteśmy już o wiele mądrzejsi. Wydana pod koniec ubiegłego roku płyta Mostly Autumn „Go Well Diamond Heart” z Olivią Sparnenn na wokalu spotkała się z życzliwą reakcją fanów i krytyków. Pozostawało tylko czekać na solowy debiut byłej wokalistki tego zespołu. No i wreszcie doczekaliśmy się.

Heather Findlay postanowiła rozpocząć karierę solową w dość nietypowy sposób. Otóż, już kilka miesięcy temu zapowiedziała, że nie należy spodziewać się jej pełnowymiarowego albumu, a raczej serii (bodaj pięciu) EP-ek, które powinny ukazać się na rynku w stosunkowo nieodległych odstępach czasowych. Każda z nich ma stanowić osobną całość i to zarówno ze stylistycznego, jak i literackiego punktu widzenia. Co do zasady, EP-ki mają być osiągalne, jako elektroniczne downloady, ale każda z nich ma też ukazać się w fizycznej postaci, tyle, że w ilości ograniczonej do zaledwie… 100 sztuk. A więc będą to z założenia unikaty i fonograficzne białe kruki.

Na 25. dzień kwietnia przewidziana jest premiera pierwszego z tych wydawnictw, które ukaże się pod tytułem „The Phoenix Suite”. Po starej znajomości otrzymałem od Heather przedpremierowe pliki ze wszystkimi pięcioma utworami, które składają się na tę EP-kę. I co? Pierwsze wrażenie jest takie, że Heather zdecydowanie oddala się w swojej twórczości od tego, z czym kojarzy ją każdy sympatyk muzyki Mostly Autumn. Być może nie jest to jednoznaczne odcięcie się od przeszłości, wszak wszystkie utwory wypełniające program „The Phoenix Suite” mają solidne walory melodyczne, a same melodie, szczególnie refrenów, potrafią szybko zapaść w pamięć. Poszczególne piosenki są dość krótkie, ich rozmiary zamykają się w 4-5 minutach (całość EP-ki trwa 21 minut i 51 sekund) i cechują się znacznym uproszczeniem formy. I choć Heather otoczyła się wianuszkiem renomowanych muzyków, to wszystkie utwory mają w sobie typowe elementy dla muzyki określanej mianem „singer/songwriter”. Barwa głosu, osobowość, sposób interpretacji i docierająca do uszu odbiorcy wraz z każdym dźwiękiem ewidentna charyzma wokalistki sprawiają, że od samego początku wiemy, że mamy do czynienia z dziełem solowym, a nie pracą zespołową.

Nie myślmy też, że styl, w którym utrzymane są nowe piosenki Heather mają coś wspólnego z dokonaniami Mostly Autumn czy z rockiem progresywnym w ogóle. Nie. Na „The Phoenix Suite” mamy do czynienia z bardziej surową, mroczną i pełną „pokrętasów” muzyką opartą na brzmieniach gitar (grają na nich Dave Kilminster oraz do niedawna jeszcze członek Mostly Autumn, Chris Johnson), „mięsistej” grze basu (Steve Vantsis) oraz oszczędnej, acz chwilami nieco „punkującej” perkusji (Alex Cromarty). Ta surowość i oszczędność formalna najbardziej słyszalna jest w utworach „Cellophane” i „Seven”. Z kolei umieszczona na końcu EP-ki piosenka „Mona Lisa”, oprócz ciekawej melodii, zawiera w sobie pewne elementy epickości. Najbardziej chyba reprezentatywnymi dla nowego rozdziału twórczości Heather wydają się być utwory „Red Dust” i „Phoenix”, w których melodyjne riffy gitar w połączeniu z mistrzowskim śpiewem wokalistki bezbłędnie ciągną muzykę do przodu i nadają jej zwiewnej lekkości, a w przypadku „Red Dust” można nawet mówić o przebojowości… Pod wieloma względami takie granie przywodzi mi na myśl muzykę zespołów panów Johnsona (Parade z płyty „The Fabric”) i Vantsisa (Tilt z EP-ki „Million Dollar Wound”).

Na koniec kilka słów podsumowania. Heather Findlay po opuszczeniu szeregów Mostly Autumn istotnie wkroczyła na nową drogę życia. I to zarówno prywatnego (wyszła za mąż, urodziła dziecko), jak i artystycznego. Na „The Phoenix Suite” nie usiłuje odcinać kuponów od przeszłości. Przeszłość zostawia daleko za sobą. Odcina ją grubą kreską. I chwała jej za to. Natomiast, czy ten stylistyczny „twist” i ukierunkowanie się na znacznie surowsze brzmienia wyjdą jej muzyce na dobre? Czas pokaże. Dajmy tej artystce trochę czasu, okażmy odrobinę cierpliwości i poczekajmy na kolejne EP-ki. Osobiście trzymam kciuki za powodzenie i dalsze sukcesy Heather. I póki co, po raz kolejny załączam sobie tę krótką i z czasem coraz bardziej podobającą mi się porcję muzyki zawartą na „The Phoenix Suite ”.

MLWZ album na 15-lecie