King Crimson ProjeKct - A Scarcity Of Miracles

Przemysław Stochmal,

ImageKiedy w 2008 roku na trasę koncertową ruszyło nowe wcielenie King Crimson w składzie: Robert Fripp, Adrian Belew, Tony Levin, Pat Mastelotto i Gavin Harrison, całe rzesze sympatyków grupy z zaciśniętymi kciukami oczekiwały nowego studyjnego albumu zespołu. Tymczasem po serii występów formacja zawiesiła działalność, umożliwiając jej członkom kontynuowanie własnych projektów. Wtem, jak grom z jasnego nieba spadła na artrockowy świat na początku tego roku informacja, że oto powstaje nowa „karmazynowa” płyta, nagrana jednak w line-upie zupełnie odmiennym – obok Frippa, Levina i Harrisona, współtwórcami nowego materiału zostali: znany m.in. z formacji 21st Century Schizoid Band i The Tangent Jakko Jakszyk oraz legendarny saksofonista King Crimson z lat 70., Mel Collins. Inicjatywa jednak nie została uznana jako ścisła działalność King Crimson, ale oficjalnie określona mianem A King Crimson ProjeKct.

Z jednej strony może nieco zastanawiać fakt, że Robert Fripp, orędownik szeroko pojętej „świeżości” w muzyce, kompozytor, który dla zadośćuczynienia osobistym artystycznym aspiracjom, niejednokrotnie w historii drastycznie modyfikował sztab otaczających go współpracowników, tym razem zachował się w dość, nazwijmy to, dyplomatyczny sposób, określając line-up wykluczający część muzyków na stałe związanych z King Crimson nazwą A King Crimson ProjeKct. Warto jednak zostawić dociekania dlaczego tak, dlaczego inaczej, najważniejsza jest bowiem muzyka – a tutaj charakterystyczna progresywność frippowskich poczynań artystycznych pozostaje niewzruszona – choć w tym kontekście taki epitet nie jest chyba zupełnie trafiony… Innymi słowy – wszyscy fani „karmazynowych” dźwięków wraz z „A Scarcity of Miracles” otrzymują propozycję zupełnie świeżą, będącą dowodem ciągłego rozwoju King Crimson. W tym przypadku pokusiłbym się nawet o użycie określenia małej rewolucji, wszak ciężko uznać ten album za naturalne rozwinięcie, ewolucyjny progres poprzedniego premierowego materiału stworzonego przez Frippa i spółkę. W moim przekonaniu „A Scarcity of Miracles” jest zatem jednym z istotniejszych punktów w całej dyskografii świata King Crimson.

Płyta A King Crimson ProjeKct zawiera muzykę wyjątkowo delikatną, łagodną. Szalonych pasaży frippowskiej gitary, łamanych rytmów i metrów raczej tu nie uświadczymy. W tych na ogół melancholijnych utworach na pierwszy plan wysuwa się nie gitara Frippa, nie bębnienie Harrisona (tutaj wyjątkowo oszczędne), ale ciepła barwa niezwykle aktywnego saksofonu Mela Collinsa, znakomicie korespondującego z równie ciepłym, przyjaznym głosem Jakko Jakszyka. Nie oznacza to, że „profesorski” wkład w całości jest drugorzędny – tła soundscapes tradycyjnie „czuwają” nad całością muzycznych konstrukcji, a gitara Roberta Frippa pojawia się dokładnie tam i tylko tam, gdzie powinna.

Album został pomyślany w taki sposób, by sześć kompozycji, które składają się na jego program, cechowała odpowiednia przystępność, ale by przy tym również miały one charakter otwarty, dlatego konkretne pomysły, ucieleśnione jako poszczególne pozycje na płycie, drogą naturalną i wyważoną rozwinięte zostały w sposób improwizowany. Jako całość wyszło dzieło bardzo jednorodne, choć absolutnie nie nużące, wszak pewien rozwój nastrojów w miarę upływu toku albumu doskonale daje się odnotować.  Łagodne, choć dość przebojowe „A Scarcity of Miracles” i „The Price We Pay” (do obu utworów nakręcono wideoklipy) rozpoczynają drogę przez coraz bardziej melancholijne i senne, rozbujane pół-improwizacje („Secrets”, „This House”), by dojść do najbardziej dynamicznego, chyba najbliższego wcześniejszym wcieleniom King Crimson „The Other Man” (tego basu nie da się pomylić z żadnym innym!) oraz wielkiego finału w postaci niemal psychodelicznego, niepokojącego aż po sam koniec „The Light of Day”…

Być może będzie to płyta roku, mimo że 2011 to data wielu już znanych i wielu jeszcze zapowiadanych premier. Najważniejsze jest jednak to, że „A Scarcity of Miracles” to autentycznie znakomita płyta. Stwierdzenie, że Robert Fripp i jego koledzy starzeją się pięknie mogłoby co prawda zabrzmieć nazbyt sarkastycznie, ale nie da się ukryć, że wielu artystów tego pokolenia mogłoby jedynie marzyć o tak niezwykłej w swoim charakterze kreatywności, jakiej efekt możemy podziwiać na tym wybornym albumie.

MLWZ album na 15-lecie