Blow Up Hollywood - Blow Up Hollywood

Artur Chachlowski,
ImageZazwyczaj w recenzjach zamieszczanych w tej rubryce nie ma miejsca na wnikliwą analizę muzyki danego wykonawcy. Zazwyczaj skupiamy się na podaniu najistotniejszych faktów i przypomnieniu biografii danego artysty. Ale w przypadku amerykańskiej grupy Blow Up Hollywood nie sposób przejść nad jej muzyką do porządku dziennego, komentując ją zaledwie jednym, czy dwoma okrągłymi zdaniami. A przecież pisanie o tym, zespole jest niezwykle trudne, chociażby z tego względu, że jak mało kto w chroni on swoją prywatność, świadomie usuwając się w anonimowość, w dodatku posuniętą wręcz do granic wytrzymałości. Wydany w 2002 roku debiutancki album Blow Up Hollywood zawiera 13 utworów. I tyleż tytułów znajdujemy wewnątrz absurdalnie wręcz lapidarnej książeczki. Tytuły i niewiele więcej, trochę rozmazanych czarno – białych fotografii, jakieś plamy, postindustrialne krajobrazy, nawet sam „srebrny” krążek jest w kolorze czarnym. Bez żadnej, oprócz wytłoczonej nazwy zespołu, informacji. Nie sposób odnaleźć nazwisk muzyków tworzących grupę, tekstów utworów, informacji o studiu nagraniowym. Pełna konspiracja. Choć wiadomo przecież, że Blow Up Hollywood to regularny zespół, spotykający się raz w tygodniu na próbach oraz grający od czasu do czasu koncerty. Jednak z jakichś względów, taką oto dziwną lapidarno-anonimowo-minimalistyczną filozofię przyjęli sobie za credo członkowie zespołu. Pogłębiają ją  w muzycznym przesłaniu swoich nagrań: „Jesteśmy tylko gośćmi na tej planecie. Nasze życie to tylko ulotny moment. Kiedy dobiega ono kresu, powracamy tam, skąd przybyliśmy na Ziemię. Życie to wspaniałą historia, ale jest zaledwie aktem w jednym z wielu przedstawień. Śmierć prowadzi do nowego istnienia i historia rodzi się na nowo”. Trzeba przyznać, że to tyleż oryginalne, co zaskakujące i pokrętne przesłanie. Na szczęście muzyka zespołu jest zdecydowanie bardziej przyswajalna. Nie chcę silić się tutaj na żadne porównania, ale stanowi ona prawdziwą ucztę dla wrażliwych uszu wytrawnego melomana. Przy użyciu minimum niezbędnych środków zespół osiąga maksimum efektu. Co uderza, a zarazem zniewala przy obcowaniu z muzyką Blow Up Hollywood to niesamowity spokój, harmonia, nastrój i niesamowity klimat. Eteryczna atmosfera medytacji. Czasami wystarcza głos, gitara i wiolonczela, jak w nagraniach „Floating”, czy „Coming Home”, czasem zespół sięga po niemalże transowo-samplowe rozwiązania jak w „Ascension”, czasami decyduje się na bogate orkiestralne brzmienia („It’s Not Me - reprise”). Wspaniała to muzyka. Doskonała do słuchania o każdej porze nocy. Cały czas królują w niej niespotykany nigdzie indziej spokój i piękne, na długo zapadające w pamięć, melodie. Jakże niewiele potrzeba, by kreować tak piękne muzyczne pejzaże. A że niepowtarzalne piękna atmosfera tego wydawnictwa nie jest jakimś jednorazowym wybrykiem natury świadczy równie świetny, poetycko wspaniały, równie rozmarzony kolejny album Blow Up Hollywood (2004). Tak samo lapidarny w swoim pięknie jak jego poprzednik.
MLWZ album na 15-lecie