Graveyard - Hisingen Blues

Adrian Koenig,

ImageZespół Graveyard założony w 2006 roku w szwedzkim Gothenburgu tworzą: Joakim Nilsson (g, voc), Jonatan Ramm (g, voc), Rikard Edlund (b) oraz Axel Sjöberg (dr). Słuchając muzyki tejże grupy można odnieść wrażenie, że nagrywana była na przełomie lat 60. i 70. Graveyard zadebiutował albumem bez nazwy w 2007 roku. Wtedy na muzycznym rynku, za pośrednictwem wytwórni Transubstans, pojawiły się kompaktowe wersje tegoż wydawnictwa. Zaś w kolejnym, 2008 roku na półki sklepowe, dzięki TeePee Records trafiły wersje winylowe. Na debiucie Szwedów słyszymy wyraźne inspiracje psychodelią zmieszaną z przybrudzonym, surowym hard rockiem. Kolejna wytwórnia, z którą zespół podpisał kontrakt, to już znacznie większy i dużo bardziej prestiżowy Nuclear Blast. Dzięki tejże niemieckiej firmie, w 2011 roku, pojawił się drugi krążek zespołu (ponownie w dwóch wersjach), zatytułowany „Hisingen Blues”.

Drugie wydawnictwo Szwedów to dawka solidnego, „brudnego” i niekomercyjnego grania. Już na sam początek dostajemy ognisty „Ain’t Fit to Live Here”, który rozpoczyna się od krótkiej przygrywki perkusyjnej. W kolejnym „No Good, Mr. Holden” główny motyw gitarowy przywołuje na myśl stare dokonania Black Sabbath. Utwór tytułowy to czadowy, nieco space–rockowy numer z krótką, acz treściwą solówką gitarową na koniec. Właściwie każdy utwór można opisać w podobny sposób. Muzyka zawarta na drugim krążku grupy jest bardzo spójna. Nie ma tu kawałków nie pasujących do całości, takich, które można by odrzucić. Próżno szukać tu słabszych momentów, ale brakuje również chociażby jednego, wybijającego się utworu, który zapada w pamięć. Największym minusem Graveyard jest brak własnego stylu, w ich kompozycjach znajdziemy Black Sabbath, Budgie, a jak się dobrze przysłuchamy, to znajdą się nawet echa dokonań Grateful Dead. Wiadomą rzeczą jest to, że w dzisiejszych czasach bardzo ciężko jest wyrobić sobie własny styl, a więc czasem lepiej nie kombinować, tylko grać to, co wychodzi najlepiej, a szwedzkiej grupie granie w starym klimacie wychodzi całkiem nieźle.

MLWZ album na 15-lecie