Fatal Fusion - Land Of The Sun

Artur Chachlowski,

ImageSkąd ci Norwegowie biorą tyle prog rockowych talentów? Tym razem mamy do czynienia z autentycznie zapierającym dech w piersiach, bardzo dojrzałym debiutem utrzymanym w klasycznym art rockowym stylu wczesnych lat 70.

Pamiętam, jak mniej więcej 20 lat temu korespondując z szefem nieistniejącej już wytwórni Colours „odkryłem” dla własnych potrzeb inny norweski zespół, Utopian Fields. Zespół ten wydał dwa, niezmiernie ciekawe albumy, wyłącznie na winylu. O ile wiem, do dzisiaj nie doczekały się one kompaktowych reedycji, ale od czasu do czasu lubię wracać do tych nagrań, które dla własnych potrzeb „przeniosłem” sobie na format CDR. Utopian Fields zachwycał przed laty swoją naturalnością, niezwykle zdrowym i nieokaleczonym zdobyczami współczesnej techniki zapisu dźwięku, brzmieniem. Używał wyłącznie analogowych instrumentów, które pamiętały „złotą epokę” progresywnego gatunku. Gdy dzisiaj słucham zespołu Fatal Fusion, wydaje mi się, że jest on naturalnym spadkobiercą, bądź też przynajmniej kontynuatorem, stylu Utopian Fields. I pewnie dlatego z taką atencją podchodzę do płyty „Land Of The Sun”. Bo to moim zdaniem jedna z bardziej udanych pozycji płytowych ostatnich miesięcy.

Każdy z ośmiu utworów stanowiących program płyty ma w sobie coś, co przykuwa uwagę. Tytułowe nagranie „Land Of The Sun” ma w sobie sporo z ducha muzyki wczesnego Santany oraz fantastyczne gitarowe solo utrzymane w stylu Nicka Barretta. „Cry No More” to nawiązanie do klasyki rocka (Led Zeppelin, Black Sabbath). „Promises” zachwyca ładną linią melodyczną i naprawdę fajnym refrenem. „Love In The Sky” to intensywne granie w stylu starego, dobrego Uriah Heep, a nawet Rainbow. Z kolei „Shot To The Ground” to ukłon w stronę Deep Purple (Hammondy grają tak, że aż palce lizać!), a „Remember” czaruje swoją prostotą, spokojnym klimatem oraz przepiękną melodią zagraną na fortepianie i wiolonczeli. Można powiedzieć, że tych sześć wymienionych wyżej utworów stanowi pierwszą, umowną część albumu, na którą składają się mniej skomplikowane i mniej złożone utwory. Część druga to dwie kilkunastominutowe, wielowątkowe suity: pierwsza – „Broken Man” – to oparte na rytmie bolera popisowe pojedynki pomiędzy delikatnie brzmiącą gitarą, a ciężkimi sekcjami granymi na organach Hammonda z fenomenalną latynoską wstawką na elektrycznym fortepianie, natomiast druga – „Out To The Fields” – to przykład wspaniałej instrumentalnej psychodelii, jakiej nie powstydziłby się zespół Grobschnitt, a nawet Pink Floyd z czasów „Atomowego Serca Matki” i „Echoes”.

Podobnych inspiracji jest na płycie „Land Of The Sun” więcej. Bo znajdziemy tu i trochę dobrego bluesa, i trochę muzyki latynoskiej, space i hard rocka, a nawet muzyki funk. Ale proszę nie obawiać się tego pozornego miszmaszu. Całość produkcji grupy Fatal Fusion wpisana jest, i to w sposób bardzo czytelny, w ramy progresywnego i symfonicznego rocka wczesnych lat 70. Norwescy muzycy nawet w obrębie jednego utworu potrafią wymieszać kilka różnych stylów, ale w jakiś tajemny i sobie tylko wiadomy sposób ich muzyka ma bardzo spójny i przystępny charakter.

Jestem pod dużym wrażeniem tego debiutu. Album „Land Of The Sun” jest żywym przykładem szczerego, solidnego grania, nieskażonego „współczesnością”. Muzyka grupy Fatal Fusion z założenia jest staromodna, czy jak to się dzisiaj mówi – oldschoolowa. Ale właśnie za to cenię ten zespół. Za szczerość i uczciwość artystycznej wypowiedzi. I za mnóstwo, naprawdę mnóstwo, niebanalnych pomysłów i sprawne wcielenie ich w życie. Bardzo dobra płyta…

Łyżeczka dziegciu? Proszę bardzo. Nie we wszystkich utworach sprawdza się, wyraźnie wskazujący na bluesowe konotacje, wokal Knuta E. Grøntvedta. Z drugiej strony, ciekawie prezentuje się on szczególnie w spokojniejszych tematach, jak „Promises” czy „Remember”.

O produkcji nie wspominam, bo być może mogłaby być ona ciut lepsza, ale wtedy utwory przy większej kompresji zatraciłyby pewnie swój stary klimat. Tak czy inaczej, daję temu albumowi moją rekomendację i wiem, że na pewno będę śledzić dalsze losy tej niewątpliwie zasługującej na uwagę każdego szanującego się fana progresywnego rocka, formacji.

MLWZ album na 15-lecie