Pain Of Salvation - Road Salt Two

Pzemysław Stochmal,

ImageTa płyta miała ukazać się już w październiku zeszłego roku, po zaledwie kilku miesiącach od wydania pierwszej części konceptu „Road Salt”. Z pewnych przyczyn jednak sympatycy Pain of Salvation musieli poczekać na nowy krążek grupy zdecydowanie dłużej. Z pewnością jednak niewielu pokusiło się o mrzonki, jakoby „Jedynka” mogła być tylko i wyłącznie jednorazowym wyskokiem w stronę bardziej piosenkowego grania o garażowym zabarwieniu, swoistym dowcipem, jaki zespół sprawił swoim ortodoksyjnym wyznawcom, którzy już przy okazji albumu „Scarsick” zaczęli ostentacyjnie kręcić nosami. Już podczas premiery pierwszej części „Road Salt” zespół posiadał bowiem większość gotowego materiału na „Dwójkę”, o zaplanowaniu jej jako absolutnego przeciwieństwa poprzedniczki nie mogło zatem być mowy.

Wszystkim zawiedzionym materiałem, jaki znalazł się na wydanej w 2010 roku płycie pozostawało nie tracić nadziei i długi czas oddzielający premiery obu części „Road Salt” wziąć za dobry omen. Osobiście uważam, że tym razem faktycznie otrzymaliśmy płytę znacznie lepszą od poprzedniej. Owszem, zespół ani myślał o porzuceniu brudnego, nie zawsze przekonującego brzmienia oraz zwięzłej, piosenkowej formuły, jednak o ile w przypadku „Jedynki” mógł podarować sobie przynajmniej ze cztery mało błyskotliwe, stricte rockowe piosenki, o tyle przy „Dwójce” tego typu opinia zakrawałaby na zwyczajne krytykanctwo.

Sam początek krążka, zaaranżowany na instrumenty smyczkowe temat przewodni płyty, od razu podnosi rozpoczynający się album do rangi dzieła poważniejszego, potraktowanego przez twórców z większą estymą, aniżeli album wcześniejszy - momentami potraktowany, zdawałoby się, po macoszemu, momentami ze zbyt dużym przymrużeniem oka. Niemal od początku do końca „Road Salt Two” brzmi dobrze jako całość, nie pozostawia niesmaku, nie powoduje zawiedzionego grymasu na twarzy. Co prawda typowe rockowe piosenki znów znalazły dla siebie dobrych parę minut, jednak tym razem bądź to zostały ciekawiej zaaranżowane („Softly She Cries”, „Conditioned”), bądź nadano im zdecydowanie mniej trywialnego, za to bardziej mrocznego charakteru („The Deeper Cut”, czy znany z EP-ki „Linoleum” „Mortar Grind”), albo wreszcie podjęto próbę powrotu do bardziej rozbudowanych form, jak w utworze „Eleven”, który zdecydowanie zyskał na ozdobieniu go „funkującą” partią instrumentalną, pewnym echem starszych tematów z repertuaru Pain of Salvation.

Siłę drugiej części „Road Salt” stanowią jednak te nagrania, którym udaje się wymknąć z szuflady, nazwijmy to, „wysublimowanego garażu”. Wśród najmocniejszych punktów płyty dominują kompozycje delikatne i stonowane, zwłaszcza zaś naszpikowane przepięknymi melodiami najlepszej gildenlöwowskiej szkoły „To the Shoreline”, „1979” oraz „Through the Distance”. Ciekawie dzieje się w dostępnych jedynie w wersji limitowanej albumu parafrazach wcześniejszych utworów – w „Break Darling Break”, łączącym w psychodeliczno-jarmarcznym stylu znane z „Linoleum” „If You Wait” (swoją drogą, żałuję, że utwór ten w końcu nie zmieścił się w programie całości „Road Salt”) i „Sleeping Under the Stars” z „Jedynki”, a także w eterycznej „odpowiedzi” na miniaturę „Of Dust” – „Of Salt”. Cieszy wreszcie fakt, że Pain of Salvation w końcu powrócił do zaniechanej po albumie „Be” tradycji tworzenia wybitnych finałów swoich koncept-albumów. Tu, wespół z fantastyczną, „smyczkową” kodą rolę tę pełni ośmiominutowy „The Physics Of Gridlock”. Nareszcie w pełni dynamiczny, nareszcie inteligentnie rozbudowany finał. Pobrzmiewają tu być może echa „Flame to the Moth” ze „Scarsick”, jednak ten pomysł na kompozycję opracowany został zupełnie na nowo, zupełnie lepiej, a przy tym pokierowano go w zupełnie niespodziewanym kierunku, tworząc tyleż zaskakujące, co… przepiękne zakończenie…

„Road Salt Two” oczywiście nie miał szans stać się przeciwległym biegunem dla pierwszej części, pozytywnym przeciwieństwem płyty, w moim przekonaniu tylko po części udanej. Udało się jednak to, na co osobiście po cichu liczyłem – pozostając w tej, bądź co bądź, kontrowersyjnej dla siebie konwencji, zespół wykorzystał swój potencjał w możliwie największym stopniu, serwując muzykę, do której wraca się nie z ciekawości albo „żeby jeszcze raz spróbować…”, ale z autentycznego zachwytu masą wzruszających nut, jakie proponuje Daniel Gildenlöw z kolegami. Bo właśnie na to czeka się z każdą kolejną płytą Pain of Salvation.

MLWZ album na 15-lecie