SuperHeavy - SuperHeavy

Agnieszka Lenczewska,

ImagePonoć nazwiska na koszulkach nie grają. W takiej chociażby reprezentacji Argentyny w piłkę kopaną. Nie wyszła im Copa America, Mistrzostwa świata też zresztą nie. A nazwiska na koszulkach ładne i znane (chociażby taki Messi). Warte miliony. Jako zespół rozczarowali. Za to udało się Hiszpanom. Można wymieniać i wymieniać (Villa, Iniesta czy Puyol). Bold and beautiful. A co!

I właśnie do reprezentacji Hiszpanii (oraz Katalonii rzecz jasna) można porównać kolejną z tegorocznych supergrup. I to jaką!

W składzie: legenda rocka (Mick Jagger), syn swego ojca (Damian Marley), świetna wokalistka i aktorka (Joss Stone), znany kompozytor i laureat Oscara (A.R. Rahman) oraz (last, but not least) multiinstrumentalista, aranżer i producent (Dave Stewart). Taka mieszanina stylów, doświadczeń życiowych, wieku, płci, dźwiękowych fascynacji mogła doprowadzić do powstania muzycznego Frankensteina lub.... fajnego albumu.

Muzyka zawarta na „SuperHeavy” ani nie jest ciężka (metalowcy nie mają czego szukać, to „heavy” trochę myli), ani niewiele z rockiem mająca wspólnego. Ot, fajne, luzackie, niezobowiązujące granie piątki świetnych muzyków. Klimaty oscylują wokół motywów ”karaibsko-orientalno-marleyowskich”. Wszechobecne reggae wprowadza nas w swoisty trans. To radosna, bardzo pozytywna muzyka. Wypływająca z czystej, nieprzymuszonej woli tworzenia, wspólnej muzycznej zabawy. Nie ma na tym albumie nośnych, „zaangażowanych” tekstów, pompatycznych brzmień, gitarowych solówek pędzących donikąd oraz muzycznej waty. Jest za to słyszalna (i udzielająca się odbiorcy płyty) prawdziwa radość (gioia) oraz pozytywne wibracje, które muzycy kierują do nas. Muzycznie też jest sympatycznie. Pomimo prostoty utworów wiele się na tym albumie dzieje (te smaczki gitarowe Stewarta). Aranżacje i produkcja na „SuperHeavy” są wysmakowane, wręcz wyrafinowane. Kapitalne są wokalne dialogi pomiędzy młodziutką Joss Stone, a weteranem Jaggerem (w chociażby takim „Rock Me Gently” – to jeden z lepszych Jaggerowskich duetów w historii). Świetne jest też „I Can't Take It No More” osadzone w klimacie soul/gospel i starego rhythm'n'bluesa (dziewczę młode głos ma przepotężny). „Energy” ma w sobie tyle czadu i energii właśnie, że można nią obdzielić ze sto innych utworów. Przebojowe, okraszone uroczym klipem „Miracle Worker” też może się podobać, wręcz emanuje pozytywną karmą. Czasami muzycy mrugają do nas okiem (jak w „I Don't Mind”- sprawdźcie dlaczego), a przede wszystkim się bawią (nie dziwię się, bowiem podczas sesji nagrali blisko trzydzieści utworów). Dźwiękami, samymi sobą. Żonglują muzycznymi stylami. Prawdziwi, naturalni i paskudnie bogaci muzyczni Galacticos.

Materiał zamieszczony na „SuperHeavy” porównać można do smacznego obiadu, złożonego z wielu zróżnicowanych dań. A i koktajl też znakomity. Takie klasyczne, smakowite Bombay Vindaloo :).

Paskudny był ten „lipcopad” i „sierpnioziąb” minionych wakacji. Jeśli jesienna słota lub zimowa szaruga spowije już nasz kraj i poczujecie ten swoisty jesienno-zimowy ”spleen”, po prostu włóżcie do odtwarzacza „SuperHeavy”. Działa lepiej niż cały stos rozgrzewaczy (dozwolonych lub nie;). Polecam! Ja do SuperHeavy wracać będę bardzo często! Album roku w kategorii: „najbardziej fajna płyta” i już! 

MLWZ album na 15-lecie