Edison's Children - In The Last Waking Moments...

Artur Chachlowski,

ImageWyobraźcie sobie projekt, w realizacji którego wzięli udział wszyscy aktualni członkowie grupy Marillion. I to projekt, którego w żaden sposób – ze stylistycznego punktu widzenia -nie można nazwać „marillionowskim”. „In The Last Waking Moments…” to rzecz świeża, pełna niesamowitych melodii, ciekawych kompozycji i zbudowana na pokrętnym, acz przemawiającym do wyobraźni koncepcie. A przy tym muzycznie robiąca naprawdę przeogromne wrażenie. Pozytywne!

Mało tego, wyobraźcie sobie, że w trakcie realizacji tego albumu muzycy tworzący projekt doświadczyli trzęsienia ziemi o mocy 5,9 stopnia w skali Richtera oraz kataklizmu w postaci huraganu Irene. Plany były takie, że do rozpoczęcia pracy nad tym albumem miało dojść już w 2006 roku (podczas akustycznego tournee Los Trios Marillos), ale wystartować udało się stosunkowo niedawno, dopiero za trzecim podejściem. Dodajmy jeszcze, że przy „narodzinach” projektu Edison’s Children w tle przewinął się wątek grupy Transatlantic, a właściwie proces nagrywania płyty „The Whirlwind” w Nashville, a także obrosłej już w mnóstwo anegdot marillionowskiej konwencji w Montrealu. Co jeszcze? Istotną rolę w powstaniu tego albumu odegrał sen jednego z twórców projektu opowiadający o człowieku, który budzi się nagle wyrwany ni to ze śpiączki, ni to z letargu, ni ze snu i widzi nad sobą pochyloną sylwetkę doktora bliżej nieokreślonej specjalizacji rozpoczynającego zabieg chirurgiczny na jego organizmie (co zresztą dało początek konceptowi, o którym opowiada płyta). W tle przewinęła się też praca nad efektami specjalnymi do filmu „Ultimatum Bourne’a”, a także przypadek jednego z muzyków „uwięzionego” na 24 godziny na lotnisku Newark w Nowym Jorku z powodu opóźnionych lotów. Zsumujmy to wszystko i będziemy mieli historię niczym ze szpiegowskiego filmu kina akcji. Nie będę rozwijał poszczególnych wątków tej sensacyjnie brzmiącej opowieści; zainteresowanych odsyłam na stronę internetową Edison’s Children – tam można poznać szczegóły.

Zajmijmy się lepiej muzyką. Od razu podkreślmy: bardzo dobrą muzyką. Bo już teraz mam wrażenie, że płyta „In The Last Waking Moments…” będzie należała do wąskiego grona najważniejszych albumów 2012 roku (choć po prawdzie jej wielokrotnie przesuwana premiera miała miejsce pod sam koniec ubiegłego roku). Zanim jednak o samej muzyce, rozszyfrujmy kim są owe „Dzieci Edisona”? Jest ich dwoje. A właściwie dwóch: członek Marillion i Transatlantic Pete Trewavas, który gra na gitarach, basie i śpiewa (w jednym utworze) oraz amerykański muzyk Eric Blackwood, który udziela się wokalnie (posiada dobry, przykuwający uwagę głos) i gra na gitarach. Razem stworzyli intrygujący koncept album, na którego program składa się 14 połączonych ze sobą i często przenikających się wzajemnie, pełnych powracających tematów, kompozycji ułożonych w jedną, trwającą 70 minut, finezyjnie brzmiącą całość.

Do współpracy obaj panowie zaprosili znanego ze współpracy z Fishem gitarzystę Robina Boulta, członka DeeExpus Andy’ego Ditchfielda, a także cały skład Marillionu (Steve Rothery, Mark Kelly, Steve Hogarth, Ian Mosley), z tym, że udział w tym przedsięwzięciu Marillionowców ogranicza się do pojedynczych utworów, a nie do regularnego grania na całej płycie.

No dobrze, a teraz już naprawdę o muzyce. Warto po raz kolejny podkreślić, że z tej współpracy znanych postaci wcale nie wyszedł materiał zbliżony stylistyką do twórczości Marillion. I poczytuję to za jeden z najważniejszych sukcesów tej płyty. Jesteśmy w trochę innych klimatach niż zbytnio uduchowiony, rozmazany, ckliwy i (no dobrze, powiem to) zmierzający donikąd współczesny styl Marillionu. A w jakich? Trudno to jednoznacznie zdefiniować. Można odkryć tu sporo nastrojów a’la nasz Collage (głównie za sprawą brzmienia gitar – kilkakrotnie łapałem się na tym, że na książeczkowej „liście płac” szukałem nazwiska Mirka Gila), Pink Floyd, Gentle Giant, Rainbow, Dio, Pendragon, a nawet - jak w otwierającym płytę utworze „Dusk” - Lunatic Soul. Nie są to jednak nachalne wpływy; ot, po prostu elementy, które składają się na całość tego naprawdę nieźle skonstruowanego i dobrze przemyślanego albumu.

Jego centralną częścią jest fenomenalna, trwająca ponad kwadrans kompozycja „The Awekening” (utwór roku?). Panuje w niej świetny nastrój, grają przecudowne gitary, syntezatory, smyczki, nawet cisza tu potrafi zagrać pięknie. No i te genialne partie wokalne (w chórkach udziela się Steve H.). Rzecz zachwycająca i urzekająca zarazem. Na albumie mamy też przewijający się czterokrotnie cykl zatytułowany „Fallout”, którego cztery tytułowe „rodzaje” porozrzucane po całym albumie pełnią rolę spinaczy i artystycznych łączników napędzających opowiadaną na „In The Last Waking Moments…” historię. W gronie 14 kompozycji wyróżnić trzeba gustowny i oniryczny utwór „Spiralling”, w którym na gitarze bardzo elegancko, z klasą, jaka przystoi tylko jemu, gra Steve Rothery. Ciekawie prezentuje się hardrockowy utwór „Outerspaced” (tu w głównej wokalnej roli Peter Trewavas, który nie tyle śpiewa, co raczej… drze się!!!), a także zagrana na 12 nylonowych strunach przeurocza akustyczna miniaturka „In The First Waking Moments…”. Jej lustrzanym odbiciem wydaje się już znacznie bardziej rozbudowana (7 i pół minuty wielkiej Muzyki!) kompozycja tytułowa, w której partie elektrycznej gitary przeciwstawiane są delikatnym akustycznym pociągnięciom smyczków i programowanym dźwiękom syntezatorów. Nagranie to jest jednym z najmocniejszych punktów programu albumu. Zaskakująco, ale jakże udanie, jako cząstka całego zestawu, prezentuje się mroczne, pełne transowo-industrialnych dźwięków nagranie „Fallout (Of The 2nd Kind)”. Wspaniale napędza tempo w iście pinkfloydowski sposób kompozycja „Fracture (Fallout Of The 1st Kind)”. Proponuję też zwrócić uwagę na kompozycję „The „Other” Other Dimension”. Nie jest to może najbardziej wyróżniający się punkt programu płyty, ale mięsista partia basu Trewavasa i efektowna solówka w wykonaniu Marka Kelly’ego – palce lizać! Podkreślić też trzeba urodę nagrania „A Million Miles Away (I Wish I Had A Time Machine)”, które w normalnych okolicznościach stałoby się prawdziwym megaprzebojem. Potencjał ma równie wielki, jak chociażby „Lavender” czy nie przymierzając „Hooks In You”. A na koniec chciałbym zwrócić uwagę na utwór, który… otwiera płytę. Jego tytuł to “Dusk”. To rzecz jakby wyjęta z zupełnie innej muzycznej bajki. Minimalizm miesza się tu z depresyjnym mrokiem, a monotonny rytm perkusji z onirycznym śpiewem Blackwooda. Ten senny początek, choć, jak już powiedziałem stylistycznie oddalony o lata świetlne od reszty materiału wypełniającego płytę, wysoko wiesza poprzeczkę i stanowi świetne wprowadzenie do tego, co czeka na słuchacza przez kolejnych 70 minut.

Choć to dopiero początek lutego, to przez skórę czuję, że mamy już pierwszego (albo trzeciego po nowych krążkach Sylvana i RPWL?) poważnego kandydata do miana „albumu roku”.

MLWZ album na 15-lecie