Gazpacho - March Of Ghosts

Artur Chachlowski,

ImageDo premiery nowego albumu grupy Gazpacho jeszcze miesiąc (oficjalna data wydania: 12 marca 2012r.). Ale parę dni spędzonych z promocyjnym egzemplarzem płyty „March Of Ghosts” skłoniło mnie do napisania kilku zdań na temat nowej muzyki Norwegów. To będą raczej takie myśli nieuczesane, pierwsze odczucia i impresje, niźli rzeczowa i wnikliwa analiza. Na takową na pewno przyjdzie jeszcze czas na naszych łamach w okolicach oficjalnej premiery „March Of Ghosts”.

Płyta „March Of Ghosts” utrzymana jest w sennym, „płynącym” stylu doskonale znanym z wcześniejszych płyt Gazpacho. Pod względem brzmienia, stylistyki i nastroju nie ma na niej żadnych niespodzianek. Nie ma też żadnych rewelacji i nowych rozwiązań, które ten sympatyczny zespół zechciałby wprowadzić do swojej muzyki. No, może nieco więcej jest folkowych dźwięków (szczególnie rzuca się to w uszy w utworach „Mary Celeste” i „Hell Freezes Over II”). I to folku nie tyle nordyckiego, a celtyckiego. Nie ma też niestety na „March Of Ghosts” kompozycji–killerów, chociażby takich na miarę „Splendid Isolation”, „Defense Mechanism” czy „Vera” z poprzedniego albumu „Missa Atropos”. NIe ma utworów, które zapamiętywałoby się od pierwszego momentu. Zlewają się one w jedną muzyczną plamę i wciąż często łapię się na tym, że z niedowierzaniem spoglądam na ekran kompaktowego wyświetlacza, że to już gra utwór nr 7, a jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że słuchałem... "czwórki". Są za to na nowej płycie wszechobecne, miłe dla ucha brzmienia, nieco „smęcący”, wzorowany wyraźnie na Stevie H. (ale zdecydowanie lepszy od niego) śpiew Jana-Henrika Ohme, jest dobra, klimatyczna gra instrumentalistów, jest znany i bardzo lubiany przez słuchaczy klimacik znany z wcześniejszych płyt Gazpacho. Nie ma jednak tego monumentalizmu, brzmieniowego przepychu i epickości wypełniających albumy „Night” i „Tick Tock”. Nie ma tu niestety podobnego rozmachu i artystycznej przestrzeni. A może jest, tylko ja jej jeszcze nie "odkryłem"?...

Wydaje mi się, że tym razem Norwegowie chcieli zaprezentować swoim fanom płytę nieco prostszą. Zarówno brzmieniowo, jak i w samej konstrukcji. Choć warto nadmienić, że do zrealizowania swoich literackich pomysłów – wszak „March Of Ghosts” jest koncept albumem, zbiorem opowiadań skupionych wokół głównego bohatera, który spędza noc z duchami żywych i umarłych, i odbywa z nimi podróże we własnej wyobraźni – norwescy muzycy wprowadzili czteroczęściowy (poszczególne części porozrzucane są po całej płycie) cykl zatytułowany „Hell Freezes Over”, co może świadczyć o wciąż obecnych w muzyce Gazpacho znamionach epickości. Ale tylko pozornie, bo na program „March Of Ghosts” składają się w głównej mierze stosunkowo proste, niedługie i nieskomplikowane utwory.

Nie jest to płyta zła. Nie ma jednak na niej niespodzianek. Nie ma zaskoczeń. Nie ma też rozczarowań. Ale niestety nie ma też takiego oczarowania, jakiego doświadczaliśmy już od pierwszych chwil spędzanych z muzyką z trzech poprzednich krążków. Wydaje mi się, że album „March Of Ghosts” ukazał się odrobinę za szybko. Być może, gdyby został jeszcze ciut bardziej dopracowany, gdyby niektóre kompozycje „popłynęły” w nieco innym kierunku, gdyby go nieco przyciąć, lub też gdzieniegdzie coś do niego dołożyć, mielibyśmy dzieło pokroju święcącej sukcesy „Missy Atropos”. W tej jednak postaci, nowy album Gazpacho - śmiem tak twierdzić - świata nie zawojuje…

Ale nic to. Wracam do słuchania tej muzyki. Być może do chwili premiery zaprzyjaźnię się z tą płytą na tyle, że zmienię zdanie. Tak czy inaczej przecież cieszę się, że począwszy od 12 marca czeka nas wszystkich prawdziwa „parada duchów”. A może będzie to raczej „marzec z duchami”? Oby nie chłodny jak gazpacho. Oby raczej smakowity jak gazpacho. Jak to będzie? Okaże się niebawem. Poczekamy, zobaczymy... 

MLWZ album na 15-lecie