Anubis - A Tower Of Silence

Robert "Morfina" Węgrzyn,

ImageFormację Anubis znamy już z jej poprzedniego krążka zatytułowanego “230503”, prezentowanego w małoleksykonowej audycji, a którego recenzja dostępna jest pod tym linkiem. Przypomnę zatem tylko, że to grupa rodem z dalekiej Australii, a muzycy biorący udział w nagraniu nowego albumu pt. „A Tower Of Silence” to: Robert James Moulding (śpiew, perkusja, bas), David Eaton (instrument klawiszowe, śpiew, gitary), Douglas Skene (gitary, śpiew), Nick Antoinette (bas, śpiew), Steven Eaton (perkusja, śpiew) i Dean Bennison (gitary, klarnet, śpiew). Tak, dobrze Państwo widzicie, wszyscy muzycy tej grupy śpiewają, jednakże rolę pierwszoplanowego wokalisty pełni R. J. Moulding.

Co ja mogę powiedzieć o drugiej produkcji chłopaków z Anubis? Hmm... cóż, faktycznie jest tak, że moje uszy są w stanie znieść tylko kilka bandów w gatunku neoprogressive. To wszystko z powodu tego, że znakomita większość z nich do złudzenia dubluje się i ogrywa utarte od stu lat patenty. Wiadomo, są wzorce, ale one już zagrały i pokazały swoje oblicza i dokonania. Chyba czas na zmianę, na pokazanie czegoś innego, bardziej oryginalnego i świeżego.

Tymczasem w moim odtwarzaczu ląduje Anubis z tytułem "A Tower Of Silence" i stwierdzam, że warsztat muzyczny jest, pomysły są, pojawiają się oryginalne dźwięki i brzmienia... Numer za numerem przelatują szybko. Całość - osiem różnej długości (przeważnie długich) utworów, ponad 70 minut muzyki - z minuty na minutę brzmi coraz ciekawiej i staje się coraz gorętsza (czytaj: lepsza). Nie ma może w niej nad wyraz dużo przebojowości, nie wszystko od razu chwyci nas za serce, ale z numeru na numer album rozkręca się i zaczyna się podobać. Co więcej, wygląda na to, że na tej długiej płycie nie ma słabego, ani nudnego utworu. To uwaga o tyle ważna, że program albumu wypełniają długie, około 10-minutowe i dłuższe kompozycje. Najpokaźniejsza z nich (i obok nagrania tytułowego, bez dwóch zdań, najlepsza na płycie) „The Passing Bell” trwa 17 minut z sekundami i to od niej rozpoczyna się ta fascynująca muzyczna opowieść. Cofa nas ona do czasów wiktoriańskich i mówi o losach 11-letniej dziewczynki, będącej pacjentką szpitala dla obłąkanych. Świetnie rozwija się ten koncept w kolejnych utworach, w których przewijają się wyraźne wpływy Pink Floyd, Genesis, Marillion, IQ, Areny, a więc ścisłej czołówki symfonicznego i neoprogresywnego rocka. Muzyka grupy Anubis nie jest w żadnym przypadku graniem „drugiej kategorii”. Długimi chwilami wydaje się nawet, że dorównuje ona dokonaniom wyżej wymienionym wykonawców. Płyta „A Tower Of Silence” naprawdę zachwyca. Bez dwóch zdań.

Mam pewność, że najnowsza propozycja grupy Anubis nie zniknie w gąszczu podobnych im reprezentantów gatunku, a miejsce na mojej półce znajdzie się dla tej grupy na pewno.

No i jeszcze jedna uwaga: usłyszeć tylu wokalistów na jednym produkcie to nie lada gratka. Z czystej ciekawości proponuję przyjrzeć się tej ciekawej propozycji młodych muzyków z Australii. Bo naprawdę warto, bo to po prostu kawał solidnie brzmiącego neoprogresywnego rocka. Solidnego – to ciut za mało powiedziane. Australijczycy tytułem tym przybliżają się bowiem bardzo blisko do światowej czołówki gatunku.

MLWZ album na 15-lecie