Cartoon - Bigorna

Artur Chachlowski,
ImageTradycja klasycznych rock oper nie umiera. Świadczy o tym niniejsza płyta autorstwa brazylijskiego zespołu Cartoon. Album „Bigorna” (Kowadło) jest tyleż ambitnym, co nie pozbawionym porozumiewawczego mrugnięcia okiem spojrzeniem na nieśmiertelną i wielokrotnie eksploatowaną legendę o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu. Dodajmy: jest historią opowiedzianą z niespotykanym wręcz poczuciem humoru. Czy pamiętacie słynny miecz Excalibur? Zastąpiony on tutaj został Młotem, a tytułowe kowadło jest miejscem, z którego Młot ma być podniesiony przez przyszłego Króla. Nie koniec tych prześmiewczych odniesień. Czarodziej Merlin zastąpiony jest tu przez niejakiego Pytera Pena, a w całą historię nie wiadomo jakim sposobem zaangażował się sam Robin Hood ze swoją Marion. Jak na niezależną produkcję „Bigorna” robi doprawdy imponujące wrażenie. To niezwykle starannie wydana płyta, której towarzyszy gruby komiksowy zeszyt formatu A4, będący bajecznie kolorowym rozwinięciem całej opowieści. Ogromny podziw budzi też instrumentarium. Typowym rockowym instrumentom towarzyszą tu sitar, wiolonczela, skrzypce, harfa, klawesyn, saksofon, trąbka oraz nie znany mi bliżej instrument o nazwie esraj. A sama muzyka? Utrzymana jest w dobrej tradycji rockowych oper lat 70-tych „Jesus Christ Superstar” oraz „Hair”. Jak się okazuje to wcale nie pierwszy album (płyta „Marcelo” z 1999r.) grupy Cartoon, którą tworzy 4 muzyków: Khadhu, Kiko, Boxexa i Bhydhu, z których aż trzech śpiewa i to oni właśnie wcielają się w liczne postaci występujące w tej historii. Trudno wyróżnić jeden, czy kilka fragmentów z 18 części tego albumu. Bardzo różnią się one między sobą. Z krótkimi akustycznymi miniaturkami („Lily Fears”, „King’s Fugue”) sąsiadują długie („The Last Battle”) i wieloczęściowe („March Of Despair”) utwory. Słyszymy w nich echa twórczości Genesis, Yes, Franka Zappy, Petera Hammilla, Starcastle, a nawet Kansas. Ta lista jest zresztą dłuższa, lecz mimo tego zróżnicowania całość wcale nie sprawia wrażenia dziwnego melanżu, a raczej dobrze skonstruowanej i prześmiesznie wymyślonej całości utrzymanej w lekko hippisującym klimacie z epoki flower – power.
MLWZ album na 15-lecie