D Project

Quidam - Saiko

Artur Chachlowski,

ImagePłyta jest już na rynku. Mogę więc wreszcie śmiało zabrać głos. „Saiko” słucham już od trzech tygodni. Prawie tyle samo przysłuchuję się dyskusji na temat tego albumu na różnych forach, portalach, na małoleksykonowym facebooku. I sam już nie wiem czy powinienem pisać bardziej o nowej muzyce Quidamu czy o reakcjach, które wzbudziła ona wśród słuchaczy?

Zacznę od tego, że wcale nie uważam, że – jak to utarło się mówić – nieważne czy piszą o tobie dobrze czy źle, grunt, że piszą. Wyobrażam sobie, co czuje twórca, gdy poddawany jest krytyce. Brak zrozumienia? Zawiść? Zwykłą chęć „dokopania”? Czy raczej szeroko otwiera oczy i uszy i zastanawia się, co nie zagrało, co sprawiło, że jego dzieło wzbudza nieraz skrajne reakcje, lub - co gorsza - zostaje „zjechane” przez odbiorców (krytyków). Sam też osobiście tego niejednokrotnie doświadczyłem, gdy tu i ówdzie odzywały się głosy co do jakości i sposobu prezentowania przeze mnie muzyki w Małym Leksykonie oraz opinii, które wyrażam w swoich recenzjach. Kiedyś nawet pewien twórca, którego nazwiska tu nie wymienię, zażądał wręcz bym już nigdy więcej nie pisał o jego muzyce. Nieraz trzeba mieć grubą skórę, zapewniam.

Myślę jednak, że warto pisać. Warto pisać dobrze, ale i, kiedy trzeba, trzeba pisać… krytycznie. Krytyka... Skądś w końcu wzięła się ta nazwa. Najważniejsze to jednak w swoim krytycyzmie być szczerym. Być w zgodzie z tym, co się czuje i z tym, co dochodzi do naszych uszu. Bo chyba tylko wtedy można zyskać szacunek i autorytet. I jak się okazuje, wcale nie dotyczy to tylko pisania o muzyce. To rzecz bardziej uniwersalna. To przecież samo życie… Jeszcze do tego dziś wrócimy…

Zazwyczaj jest tak, że krytyczne (negatywne) głosy, które rozlegają się tu i ówdzie szybko spotykają się z opiniami „obrońców”. Akcja równa się reakcji. Pozycje polaryzują się. W grę często zaczynają wchodzić emocje. A przecież można się różnić, lecz różnijmy się pięknie. Starajmy się dyskutować używając konkretnych argumentów. Nie obrażajmy się wzajemnie. Nie obrażajmy się na siebie. Szanujmy się. Szanujmy twórców, dajmy im miejsce na swobodę artystycznej wypowiedzi. Szanujmy też „odmieńców”, którzy mają zdanie przeciwne do naszego. Nie dzielmy się na obozy i nie cieszmy się z tego, że ktoś komuś „dokopał”, tak celnie i bezinteresownie… Dość mamy wokół nas podziałów, którymi wszyscy tak naprawdę czujemy się zmęczeni. Brak tylko kogoś, kto powiedziałby: „kochani, dość! Zamiast się sprzeczać zróbmy coś razem”.

Dlatego chciałbym to teraz zaproponować. Zróbmy coś razem. Posłuchajmy uważnie, ale naprawdę uważnie, nowej płyty Quidamu. To naprawdę kawał bardzo solidnej i bardzo fajnie wykoncypowanej muzyki. To że zespół podąża w nowym, niepodobnym do wcześniejszych płyt, kierunku? Co z tego? Czy to źle? Nie. Gdy stoisz w miejscu, to cofasz się. Panowie wyraźnie próbują czegoś nowego i nie należy ich ganić za samą próbę znalezienia nowych ścieżek artystycznych.  Z drugiej strony – czy „Saiko”, jak to chcą niektórzy, to najlepsza płyta w dorobku zespołu? Nie wiem. Jak porównać „Saiko” z takimi „Snami Aniołów”? Płyty te dzieli szmat czasu. Zespół już jest w innym miejscu niż 15 lat temu. To tak jakby ktoś chciał porównać „Fugazi” z „Anoraknophobią”. Nie da się. Nie ma sensu. Bo tyle samo zwolenników znajdzie jedna, jak i druga płyta. I od razu uruchomi się mechanizm sporu o wyższości Wielkanocy nad Świętami Bożego Narodzenia.

Nie robimy więc tego. Ukazała się nowa płyta grupy Quidam. Tu i teraz. Cieszmy się. Album „Saiko”, w porównaniu z wcześniejszymi, to zupełnie inna para kaloszy pod względem stylistycznym. Że jest inny niż poprzednie? Co z tego? Mnie to nie przeszkadza. Nie zapominajmy, że to nie pierwsza istotna zmiana w historii Quidamu, z której zespół wyszedł (wyjdzie!) obronna ręką. A więc zmiany... W zespole śpiewa Bartosz, a nie Emila, ale dzisiaj odgrywa on ważniejszą rolę w grupie niż jeszcze niedawno na „SurREvival” czy nawet na „Alone Together”. To już nie debiutant i nowicjusz na pokładzie. Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się, że to właśnie on zdecydował, że tym razem będzie to płyta „po polsku”. I to też jest powód dla którego album „Saiko” jest inny. Czy najlepszy w dorobku tego zespołu? Nie umiem tego powiedzieć. W każdym razie nie odważę się dzisiaj zaryzykować takiej tezy. Na takie opinie potrzeba dystansu. Nie tylko emocjonalnego, ale i czasowego. Nie sposób jednak nie zauważyć, że zespół włożył w swą nową płytę kawał serducha. Pomyślał, napracował się i podarował słuchaczom album dokładnie taki, jaki ma być. Choć przez wielu oskarżony będzie o zdradę. Dziś Quidam nie nagrałby czegoś innego. Dziś jest „Saiko”. Saiko to Ty, to ja, to pies z okładki, to dusza skaleczona bolesnymi doświadczeniami. Stąd tyle goryczy w tekstach. Psychoterapii. I bólu (wiosna nie zawsze jest optymistyczną porą roku. Posłuchajcie uważnie nagrania „Wiosna” i spójrzcie na fotografię psa w książeczce przy tekście tego utworu).

Zatem czy to dobra płyta czy nie? Powiem tak: ciekawa. Intrygująca. Kontrowersyjna. Dobra. Nawet bardzo dobra. Nie pytajcie mnie tylko znowu czy najlepsza. Na pewno najodważniejsza. Inna niż wszystkie poprzednie. I z gatunku takich, które podobają się bardziej za drugim, trzecim i czwartym przesłuchaniem, niż za pierwszym podejściem.

Spróbujmy, więc podsumować. „Saiko” to płyta emocjonalna, osobista, i nagrana „z serca”. Pod względem stylistycznym najodważniejsza w dorobku Quidamu. Ma rację Maurycy pisząc, że nad „stylistycznym bezpieczeństwem” górę wzięła chęć artystycznego rozwoju. A w dodatku nowa płyta Quidamu jest do bólu szczera. Słychać to wyraźnie w każdym dźwięku zagranym przez zespół i w każdym słowie wyśpiewanym przez Bartosza Kossowicza.

Nie powiem jak Paweł, że zespół „nie postarał się za bardzo”. Bo starał się jak jasna cholera. To też słychać na „Saiko”. Niedowiarkom i malkontentom oraz tym, którzy kręcą nosem nad czasem trwania utworów (faktycznie praktycznie żaden fragment płyty nie przekracza rozmiarów pięciominutowych) polecam wysłuchanie jako całości nagrania „Ostatecznie” wraz z jego dopełnieniem w postaci tematu „…zima”. To razem prawie 10 minut absolutnie pięknej muzyki. Kto wie czy to w ogóle nie jedno z najlepszych 10 minut w dorobku zespołu… Zresztą nie tylko tym fragmentem broni się nowy album Quidamu.

Z drugiej zaś strony nie jestem pewien czy rację mają ci, którzy odżegnują fanów od prawa posiadania oczekiwań (wymagań?) wobec swoich ulubieńców i krytykują ich (być może, że niekiedy ślepe) zapatrzenie w hermetyczne kanony prog rocka. Każdy ma prawo do „swojego Verdun”. I to zarówno słuchacze (zarówno ci o szeroko otwartych uszach, jak i konserwatyści) oraz artyści (zarówno „poszukujący”, jak i „epigoni” gatunku) też.

Pora powoli kończyć ten tekst. Z przerażeniem patrzę na jego objętość. Nie chciałem, żeby on był tak długi. Żeby był kolejnym głosem „w sprawie”. Nie chciałem też, by ten tekst był obiektywny. Nie zależało mi na tym. Zresztą inni też mogą zabrać głos. Niektórzy już zabrali. Mają do tego prawo. Informuję jednak, że nie zależy mi na tym, by moją opinię podzielali wszyscy. Często nie zgadzam się ze zdaniem innych krytyków, autorów, odbiorców… I sam często czuję, że ktoś nie zgadza się ze mną. Nie musimy się zgadzać. Nie o to tu chodzi… De gustibus…

Chcę powiedzieć, że temat „„Saiko”, a sprawa polska” uważam za zakończony. Przynajmniej z moim udziałem. Nie zamierzam z nikim prowadzić dalszej polemiki na temat przytoczonych wyżej opinii na temat tego wydawnictwa. Album podoba mi się i basta! I te krótsze, jakże inne od wcześniejszych, dobrze skrojone piosenki zgrabnie powiązane z instrumentalnymi tematami też.

Jutro opublikuję ten tekst na portalu Małego Leksykonu i na naszym facebookowym profilu… Pojutrze idę do szpitala ratować zdrowie. Zabieram ze sobą „Saiko”. Posłucham i… wierzę, że po wysłuchaniu „Obok mam” czy „sPotykania” będzie mi lepiej. W życiu są ważniejsze sprawy niż kłótnie i swary. Trzeba umieć się różnić. Różnić się pięknie. I uważnie słuchać. Dopiero potem opowiadać o muzyce.         

MLWZ album na 15-lecie