InVertigo - Veritas

Robert "Morfina" Węgrzyn,

ImageZałożona w 2006 roku niemiecka formacja InVertigo, wypuszcza na rynek swój drugi album zatytułowany „Veritas”. Jest to o wiele ciekawsza i dojrzalsza propozycja od ich debiutu z 2010 roku, który nosił tytuł „Next Stop Vertigo”. I takie zapewne było założenie muzyków zespołu. Miało być lepiej, ciekawiej i dojrzalej. I jest. Gatunek, jakim żongluje ekipa Invertigo to rock neoprogresywny. I faktycznie mamy instrumenty klawiszowe, są solówki gitarowe i jest odpowiedni klimat neoprogrockowy. Oprócz niewątpliwego talentu kompozycyjnego oraz niezłych umiejętności wykonawczych, można zauważyć, że zespół ma niezłe poczucie humoru. W jednym z kawałków opowiada o szalonym rockmanie, któremu zaczynają wychodzić włosy i ów muzyk pilnie i namiętnie poszukuje antidotum, zamawiając magiczny płyn w teleshopie... Co dalej się dzieje, jaki jest efekt cudu ze sklepu? Aby dowiedzieć się jak kończy się ta historyjka musicie zaopatrzyć się w krążek „Veritas” i posłuchać tego sami ;-).

Oprócz sześciu rożnej długości utworów (tytułowy „Truth” trwa 4 i pół minuty, a poprzedzający go „Suspicion” – blisko 14) jest też na omawianym albumie megadługaśny, trwający 22 minuty, i co w tym wszystkim najciekawsze, oznaczony jako „bonus track”, kawałek zatytułowany "The Memoirs Of A Mayfly". Generalnie nie jestem fanem tak długich kompozycji, męczą mnie one i usypiają. Wolę krótsze, rasowe utwory naładowane przekazem w szybszym wydaniu, a tutaj wszystko ewoluuje w tempie jak u słonia. 22 minuty to zdecydowanie za długo (chociaż wiem, że wśród słuchaczy nie brakuje zwolenników tak długich i rozbudowanych kompozycji) - niemniej to fajny (przynajmniej długimi fragmentami) muzycznie numer. Brzmiałby on jednak zdecydowanie lepiej, gdyby wycisnąć z niego wszystko co najlepsze i zamknąć w rozmiarze nieprzekraczającym kwadransa.

Podsumowując, nie zauważyłem na tej płycie niczego, co szczerze by mnie powaliło na kolana. Ale jest to dość rzetelny album, fajny, elegancki i ciepły w odbiorze. Jeżeli tylko lubicie klimaty osadzone w rocku neoprogresywnym, to macie na nim prawie wszystko, czego lubicie i potrzebujecie posłuchać. Są na nim Hammondy, ciekawe solówki i jest dobry wokalista (Sebastian Brennert). Czekam na rodzynki i przysłowiową kropkę nad „i”! Może w postaci następnej płyty? A teraz co najwyżej zaproszenie na October Fest…

MLWZ album na 15-lecie