Citizen Cain - Skies Darken

Artur Chachlowski,

ImageJeżeli wydaje się płyty co 5-10 lat (a tak jest z ostatnimi albumami Citizen Cain), to trudno się dziwić, że jest się grupą mało rozpoznawalną, niepopularną, niedocenianą, a nawet dla niektórych zupełnie anonimową. A przecież w przypadku grupy Citizen Cain tej jawnej niesprawiedliwości trzeba powiedzieć: niesłusznie!

To po pierwsze bardzo lubiany przed laty zespół, a po drugie – każdą swoją kolejną płytą dowodzący, że wciąż ma sporo do powiedzenia. I to dosłownie, gdyż na nowym, wydanym równo 10 lat po „Playing Dead”, albumie utwory aż trzeszczą w szwach od ilości tekstów w nich zawartych. Książeczka dosłownie puchnie od wydrukowanych w niej słów poszczególnych utworów, mało tego, oprócz samych treści, które wyśpiewuje swym głosem będącym kalką wczesnego Petera Gabriela (to nie zarzut!) Cyrus Scott, w książeczce opublikowana jest też historia zatytułowana „Maya The Dreamer And The Dreamed”, będąca (prawdopodobnie) uzupełnieniem tego, o czym wokalista śpiewa w kolejnych utworach. Może to po raz kolejny narazić tę pochodzącą z Edynburga grupę na zarzut „przegadania” swojej płyty. To bowiem argument, który często wytyka się grupie Citizen Cain niemal od początku jej działalności. Najwidoczniej Cyrus na nowej płycie swojego zespołu ma znowu nieodpartą chęć opowiedzenia swoich historii przy pomocy maksymalnej ilości słów w jednostce czasu. W istocie tak jest na „Skies Darken”. Głos wszędobylskiego wokalisty obecny jest nieomal non stop, mówiąc filmowym slangiem „nie znika on z ekranu”, jego śpiew nie pozostawia zbyt wiele przestrzeni na jakiekolwiek popisy reszty muzyków, a co za tym idzie, solówek i przykuwających uwagę partii instrumentalnych funkcjonujących samodzielnie jest na tym albumie jak na lekarstwo. OK, niech to będzie zatem pierwszy zarzut, który sformułuję. Drugim jest (niestety!) zbyt syntetyczne i sztuczne brzmienie programowanej przy użyciu komputera, perkusji. Chwilami bardzo to przeszkadza i psuje efekt misternie budowany przez niezłą muzykę i gabrielowski śpiew wokalisty.

Zarzut nr 3? Brak, albo by być bardziej precyzyjnym, niewielka ilość łatwo zapamiętywanych melodii. Zarówno utwory krótsze („The Charnal House”, „Spiders In Undergrowth”, „Do We Walk In The World?”), jak i dłuższe (większość pozostałych to kilkunastominutowe, poskładane z kilku części, wieloczłonowe suity) nie zawierają jakichś szybko wpadających w ucho linii melodycznych. Czyni to wszystko płytę „Skies Darken” dziełem skomplikowanym i trudnym w odbiorze. Albumem wymagającym cierpliwości i kilkakrotnych podejść. I pewnie byłby to mój zarzut nr 4, gdyby nie to, że po pewnym czasie w magiczny sposób coś klika, odblokowuje się i nagle muzyka Citizen Cain „wchodzi” w uszy, w umysł i w podświadomość odbiorcy. A to przecież cecha dobrych albumów.

Bo niewątpliwie takim albumem „Skies Darken” jest. Na pewno nie jest to rzecz pokroju płytowego debiutu pt. „Serpents In Camouflage” wydanego w 1993 roku (czy ktoś pamięta jeszcze czasy wytwórni SI Music?), ale klimat całości, pomijając pewne niedogodności i niedociągnięcia, o których napisałem powyżej, może się podobać. Zawiłe muzyczne meandry, po których Citizen Cain prowadzi słuchacza po jakimś czasie okazują się intrygującymi pasażami, wciągającymi muzycznymi łamigłówkami i przykuwającymi uwagę kompozycjami.

No właśnie, kompozycje… Płyta „Skies Darken” to właściwie jedna długa kompozycja. Owszem, podzielona na osiem indeksów, z których niektóre składają się z kilku połączonych ze sobą utworów. Naliczyłem w sumie aż 13 tytułów, które dają łącznie prawie 74 minuty muzyki. Muzyki spójnej, utrzymanej w dość mrocznym, chwilami nawet posępnym nastroju. Chwilami wydaje się ona niepokojąca, przytłaczająca i duszna, ale po wielokrotnym przesłuchaniu wychodzą na wierzch elementy, które potrafią chwycić za serce: urokliwe intro „The Charnal House”, epicki rozmach „The Long Sleep” zwieńczony chóralno-orkiestrową partią wokalną w jego finale, świetna partia syntezatorów i zwiewna melodia niby-walczyka w „Trapped By Candlelight”, mroczny pasaż zagrany na wiolonczeli połączony z chyba najbardziej udaną wokalną linią melodyczną w „Delivered Up For Tea”, duszny od nagromadzonych środków artystycznego wyrazu, ale wciągający swoimi wielokrotnie zmieniającymi się tempami i nastrojami „Lost In Lonely Ghosts”…

Z ręką na sercu przyznaję, że od samego początku miałem dość mieszane uczucia po każdorazowym słuchaniu tego albumu. Wiem, że to nietuzinkowe wydawnictwo. Ale też i niełatwe w odbiorze. To rzecz dla wymagających i cierpliwych słuchaczy. By znowu posłużyć się metaforą filmową, „Skies Darken” jest jak film Davida Lyncha. Wciąga, intryguje, długimi chwilami wodzi słuchacza za nos, czasami wręcz drażni i męczy, ale gdy już się skończy, to pozostawia uczucie niepokoju i niepewności. Stawia odbiorcę w poczuciu niezrozumienia wszystkich wątków, a tym samym zachęca do ponownego wysłuchania, do sprawdzenia, czy coś nam nie umknęło, czy czegoś przypadkiem nie przeoczyliśmy, a może czegoś ważnego w tej muzycznej obfitości dźwięków nie zauważyliśmy… Nie wiem ile razy przesłuchałem nową płytę Citizen Cain. Myślę, że przynajmniej z 30. A może i więcej? Wciąż jednak mam poczucie, że nie udało mi się odkryć jej wszystkich tajemnic. Dlatego pisząc te słowa, słucham tego albumu po raz 31. I wiecie co? Za każdym razem smakuje on coraz lepiej… 

www.f2music.co.uk

MLWZ album na 15-lecie