Clepsydra - Alone

Artur Chachlowski,
ImageTo już czwarta studyjna płyta szwajcarskich neoprogersów. Ich debiut z 1991 roku pt. „Hologram” oprócz ciekawej muzyki zachwycił ciekawym pomysłem okładki, do której przytwierdzony był najprawdziwszy jhologram. Na wydanej w 1994r. płycie „More Grains Of Sand” gościnnie wystąpił sam Nick Barrett. I od tego czasu zaczęto porównywać propozycje zespołu właśnie do muzycznych dokonań Pendragonu. Krytyków i słuchaczy utwierdziła w tym przekonaniu trzecia płyta „Fears” z 1997r. No i teraz Clepsydra przypomina się nam kolejnym albumem. Moim zdaniem najrówniejszym i najbardziej dojrzałym w całym dorobku zespołu. Właściwie nie ma na tej płycie słabych momentów. Poszczególne kompozycje łagodnie przechodzą jedna w drugą i nawet nie wiadomo kiedy orientujemy się że to już połowa płyty. A za nami ponad 30 minut muzyki, na które składają się 4 bajecznie piękne utwory: „Tuesday Night”, „Travel Of Dream”, „The Return” i „The Father”. A dalej jest równie smakowicie. Przepiękne gitarowe dźwięki wydobywające się spod palców Marco Cerulliego, wspaniały syntezatorowe solówki Philipa Huberta, świetna sekcja rytmiczna Nicola De Vita (bg) – Pietro Luca (dr), no i wreszcie ten oryginalny i ciekawy wokal Aluisio Magginiego. Wszystko to sprawia, że „Alone” jest z całą pewnością jednym z najbardziej interesujących wydawnictw pierwszej połowy bieżącego roku. Polecam ten album szczególnie gorąco tym wszystkim, którzy upodobali sobie stylistykę grup Pendragon, Arena i Shadowland.
MLWZ album na 15-lecie