Chimpan A - Chimpan A

Artur Chachlowski,

ImagePoczątkowo miał to być solowy album lidera grupy Magenta, Roberta Reeda. W miarę powstawania rozrósł się on jednak do miana sporego „projektu”. Chimpan A to zasadniczo trójka ludzi: wspomniany już Reed oraz dwóch muzyków związanych z bliżej mi nieznaną formacją The Storys: wokalista Steve Balsamo i gitarzysta Rob Thomson. Płyta powstawała pomiędzy październikiem 2004r., a sierpniem 2005r., wielokrotnie zmieniała się jej koncepcja, dochodzili nowi ludzie, którzy dokładali do całości swoje „trzy grosze”. Dość powiedzieć, ze na płycie projektu Chimpan A słyszymy aż 6 wokalistów. Oprócz wspomnianego już Steve’a Balsamo udzielają się tu znana z solowej działalności, ale też i z koncertowej współpracy z gilmourowskim Pink Floyd, Sam Brown, słynna walijska sopranistka Sian Cothi, a także Aitch McRobbie, Margo Buchannon oraz... Christina Booth z Magenty. Co ważne, rola Christiny nie jest na płycie Chimpan A zbytnio wyeksponowana. Usunęła się ona w głęboki cień i nie wykonuje żadnych głównych partii wokalnych. Można ją co najwyżej usłyszeć w chórkach. Dzięki temu Rob Reed  osiągnął zamierzony efekt, a mianowicie całkowicie inne i kompletnie nie kojarzące się z Magentą brzmienie. Dużo jest  na tej płycie melorecytacji. Wykonuje je Tony Dallas - zdobywający ostatnio dużą popularność londyński poeta, który jest też współautorem tekstów wielu utworów na tym albumie. Jego barwa głosu przypomina Fisha. Pamiętacie słynne: „the mist crawls from the canal like some primordial phantom of romance to curl under a cascade of neon pollen....”? No właśnie. Sporo utrzymanych w podobnym stylu recytacji znajdziemy na płycie Chimpan A. Znajdziemy też sporo orkiestracji. Ich autorem jest niejaki Nigel Hopkins. Generalnie można powiedzieć, że Rob Reed wprowadzając tak wiele niespotykanych wcześniej w  swojej twórczości elementów, sporo zaryzykował. Podjął się nie lada wyzwania i nagrał płytę wypełnioną muzyką, o skomponowanie której pewnie nigdy byśmy go nie posądzali. Styl, któremu zazwyczaj hołduje, zawsze kojarzył się z charakterystyczną melodyjnością i zapatrzoną w przeszłość symfonicznością. Tak było w jego pierwszym zespole Cyan, tak jest na wszystkich płytach jego aktualnego „oczka w głowie” – grupy Magenta. Dlatego też sympatyków jego dotychczasowej twórczości  muzyka, którą usłyszą po włączeniu płyty projektu Chimpan A może dość mocno zaszokować. Postaram się jak najlepiej zobrazować to zjawisko. Wyobraźcie sobie trip hop wymieszany ze stylistyką ambient, wzbogacony licznymi samplami, muzycznymi cytatami z innych dzieł, operowymi wokalizami, elementami techno oraz często wykorzystywanymi partiami orkiestry symfonicznej. Jesteście dalej ze mną? No dobrze, jeżeli komuś, po przeczytaniu tych słów, ta mieszanka może wydać się niestrawnym „grochem z kapustą” to powiem, że jest w grubym błędzie. W tym szaleństwie jest metoda. Bo wyszedł z tego bardzo dobry album, którego słucha się chwilami z zapartym tchem i wypiekami na twarzy.

Całość podzielona jest na 12 części, z których większość to utwory, o których można powiedzieć, że mają konstrukcję typowych piosenek. Jednak poprzez ubarwianie ich narracjami Dallasa i samplami zyskują one prawdziwy czar i magię niespotykaną na jakimkolwiek innym wydawnictwie. Trzeba przyznać, że wszystkie kompozycje są dość przystępne w odbiorze, a co warte podkreślenia, niejednokrotnie wręcz diametralnie różnią się pomiędzy sobą, i to zarówno klimatem, jak i stylistyką. Większość utworów śpiewa Steve Balsamo, ale są też takie, w których prym wiodą głosy innych wokalistów. Na przykład w lekko jazzującym „Sam’s Song” swój wielki talent demonstruje Sam Brown, w „The Last Night On Earth” w rolach głównych występują Tony Dallas i Sian Cothi, a w „Are You With Me?” robi się chóralnie i niemal gospelowsko. We wszystkich zaś utworach po mistrzowsku spisuje się niejaki „DJ Bluey” (Richard Cornack), który ze swoich decków wyczarowuje niezliczoną ilość sampli i zaskakujących efektów dźwiękowych. Niespodzianek, które przygotował Reed jest więcej. Nagranie „The Thief” to typowy przykład „miękkiego trip hopu”, a nawet muzyki klubowej, którą usłyszeć można w najmodniejszych dyskotekach. Żeby nie było nieporozumień: bardzo podoba mi się ten utwór. Mówię serio. Rob Reed często bawi się muzyką umiejscowioną w całkowicie innych obszarach, niż w macierzystej Magencie. A że bawi się doskonale, to słychać wyraźnie chociażby w utworze „The Secret Wish”, w którym to spełnił swoje marzenie, a mianowicie sięgnął po cytat ze słynnych „Dzwonów rurowych” swojego idola Mike’a Oldfielda. W umiejętny sposób wplótł on temat przewodni tego dzieła w utwór, który tym samym stał się chyba najlepszym z możliwych, a zarazem nienachalnym hołdem Reeda dla Oldfielda. Co jednak najważniejsze, w każdym z utworów Chimpan A mamy do czynienia ze wspaniałą i charakterystyczną dla Reeda melodyką, w każdej z piosenek przewija się ciekawa linia melodia, która zapada w pamięć, a często w połączeniu z zaskakującymi trip hopowskimi akcentami zadziwia, zastanawia, zaciekawia, intryguje.

Ktoś mógłby powiedzieć po tym wszystkim, co napisałem o muzyce Chimpan A, że to przecież w ogóle nie „progresywna” płyta. Jeżeli ktoś rozumie to pojęcie wyłącznie przez pryzmat tzw. neo progu, to na pewno tak. Ale rock progresywny to gatunek tak obszerny, że można na niego popatrzeć i z innej strony. Za stylistyczne drogowskazy projektu Chimpan A wskazałbym mieszankę Pink Floyd (tak, tak, Rob Reed na szczęście chyba nie jest w stanie uwolnić się od floydowskich naleciałości), Bjork, Massive Attack, a nawet Petera Gabriela. Z niespotykanymi wcześniej wtrąceniami klubowej muzyki off i  techno. Na podsumowanie muszę dodać, że uważam ten album za po prostu świetnie skomponowane dzieło wypełnione zaskakującymi, ale niesamowicie wysmakowanymi i na wskroś przemyślanymi kompozycjami.

Trzeba pochwalić Reeda za odwagę i pogratulować mu końcowego efektu. Skoro Chimpan A jest jego solowym projektem, a zarazem typową odskocznią od tego, do czego przyzwyczaił nas ze swoją Magentą, to logiczną konsekwencją jest to, że powinien on brzmieć zupełnie inaczej od jego macierzystej formacji. I tak w istocie jest. Nie dość, ze inna, to obiektywnie rzecz biorąc, bardzo dobra, dojrzała i wspaniała w odbiorze to płyta. A przy tym bardzo nowatorska. Brawo, panie Reed, za odwagę, za świetny pomysł i za tak skuteczną jego realizację.

http://www.f2music.co.uk/

MLWZ album na 15-lecie