Quidam - Sny aniołów

Marcin Gajewski,

ImagePrzebudzenie – naturalistyczna instrumentalna miniatura. Urocza partia fletu prostego o przeciągłych frazach na tle wiosennego śpiewu ptaków wprowadza nas do raju na ziemi. Jaka szkoda, że ten błogostan trwa tak krótko. Zadziwiające jest jednak to, jak wiele można osiągnąć przy użyciu tak niewielu środków…

Moje anioły – zwarta piosenka poprockowa. Quidam wchodzi tu na rejony stylistyczne wcześniej nie odwiedzane. Bo nawet piosenkowe „Warkocze” z debiutu miały w sobie progresywny klimat i pastelowe brzmienie, a przede wszystkim wielki czar melodii. Tutaj nieco tego brakuje. Wokaliza Emili też dostraja się do ogólnej przeciętności utworu. Cóż, rzeka głęboka stała się dość płytka, choć na szczęście to jeszcze nie mielizny.

Morelowy sen – kolejna krótka i prosta forma, ale już jest lepiej. We wstępie słuchamy frapującego duetu fletowo-gitarowego. Niezła zwrotka, poetycki tekst i wypieszczona solówka gitarowa też przypominają o klasie zespołu. I tylko z refrenu wyziera sztampa…

Wesoła – Kolejna niewyszukana kompozycja z okolic pop rocka. Wokalistka znów poetycko podejmuje temat snu tym razem mając na celu miłosne wyznanie. Ale walorami muzycznymi raczej uwieść nikogo nie może. Utwór nabiera rumieńców dopiero za sprawą arcyciekawego sola gitary. Nie ma w nim improwizacji, lecz Maciej udowadnia kolejny raz, że jest mistrzem komponowania solówek i odgrywania ich z wielkim kunsztem.

Beznogi mały ptak – singel promujący płytę w mediach, który doczekał się też teledysku. Wybór jak najbardziej trafny, bo moim zdaniem to jedyna bardzo udana piosenka na tej płycie. Utwór wprawdzie może wydać się nieco infantylny, zarówno w warstwie tekstowej jak i muzycznej, ale w niczym to nie ujmuje jego uroku. Śliczna melodia równie ślicznie zaśpiewana do tego wspaniałe partie gitary i fletu, a nawet kongów we wstępie. A uważne ucho usłyszy więcej niż to, co wybrzmiewa na pierwszym planie. Spisali się bowiem również zaproszeni do studia goście – ich subtelne frazy oboju i fagotu dodają barwnych ornamentów, lecz nie wprowadzają przepychu. Perła.

Łza – Muzycznie utwór wydaje mi się wymuszony. Tak jakby powstał pod presją, w pośpiechu, a nie w przypływie weny. Niedostatki pomysłów melodycznych Emila przykrywa bardziej emocjonalnym śpiewem, czasem przechodząc do krzyku. Te emocje mają pokrycie w tekście, lecz raczej nie mają w muzyce.

Pod powieką – Jedyna suita na płycie i zarazem jedno z największych dzieł Quidam. Pod względem formy, długości i ilości wątków może sprawiać wrażenie odpowiednika „Płonę” z debiutanckiej płyty. Jednak pod względem treści, tekstu i nastrojów mamy tu zupełnie inną wypowiedź. W ujęciu słownym można doszukać się powiązań z „Sanktuarium”. Samotność wyrażona w tamtym utworze miała jednak swoje antidotum w tytułowym schronieniu, azylu. Tutaj wzmożona nocną porą i padającym deszczem wywołuje gorycz i strach podmiotu lirycznego. Za czasów Emilowych Quidam nie miał kompozycji o takim dramatyzmie i ładunku emocjonalnym. Co jednak ważne: nie dochodzi tu do tak zwanego pustego patosu, bo wena i natchnienie muzyków dorównuje monumentalnej formie i emocjom wyrażonym przez wokalistkę. Pomysłów melodycznych, które zostały tu wykorzystane, starczyłoby na kilka samodzielnych utworów. W tej suicie zostały jednak zamieszczone jako kolejne wątki i kolejny raz zespół dowiódł, iż posiadł niezwykle ważną cechę w dziedzinie rocka progresywnego: umiejętność „klejenia” poszczególnych części rozbudowanej formy, tak że jedna naturalnie wynika z drugiej. Na wyróżnienie zasługuje Emila, która daje tu wokalny popis. Jej głos nigdy nie przybierał tak ciemnej barwy, nigdy nie brzmiał tak głęboko, momentami wręcz drapieżnie. Wykrzyczany przez nią wers: nie chcę tego, nie chcę, nie może wywołać dreszcze. Utwór jednak posiada również łagodne fragmenty. I owo kontrastowe zestawienie nastrojów również może się podobać. To jest taka kompozycja, o której można powiedzieć, że wszystko w niej zagrało.

Przebudzenie (świt nadziei) – wykraczająca poza rejony rocka pieśń o oszczędnej aranżacji, z akompaniamentem jedynie fortepianu i ozdobnikami fletu. Spójnikiem z otwierającą album pierwszą częścią „Przebudzenia” jest motyw fletowy. „Przebudzenie (świt nadziei)” to jakby zapowiedź muzycznej drogi Emili, którą wybrała po odejściu od Quidam.

Jest taki samotny dom – Już w „Sanktuarium” zespół dowiódł, że cudze pomysły potrafi idealnie zasymilować z własnym stylem. Tutaj nastąpiło to w jeszcze większym stopniu. Wielkie dzieło Budki Suflera zespół pomalował na pastelowe barwy w taki sposób, że prezentuje się tutaj niczym utwór własny Quidam. Nie zmieniono oryginalnej melodii (lub zmieniono nieznacznie), a mimo to powstała niemal nowa także zachwycająca jakość. Zrezygnowano z ciężkiego gitarowego riffu, monumentalnego nastroju i żeńskiego chóru, a śpiew Emili jest delikatny. Świetnym pomysłem okazało się wprowadzenie partii skrzypiec po wersie ktoś na skrzypcach gra. Całość zaś wieńczy wysmakowana solówka gitarowa. Świetny cover i zarazem zaprzeczenie głównej słabości całej płyty – tutaj wszystko jest przemyślane, twórcze i na swoim miejscu.

Maciek Meller powiedział kiedyś, że druga płyta Quidam ma dobre brzmienie i nie najlepszą produkcję. Trudno się z tym nie zgodzić. Nowocześnie wyposażone Hendrix Studio w Lublinie plus dobry realizator Paweł Skura – wynikiem tej sumy musiało być  brzmienie wysokiej jakości. Natomiast produkcji wydaje się przyświecać następująca myśl: nie bardzo wiemy, dokąd podążyć… „Sny aniołów” były pierwszym niespójnym albumem Quidam, na którym zespół próbuje zrobić szpagat i to nie całkiem świadomie. Na debiutanckiej płycie wykorzystał niemal wszystkie swoje dotychczasowe pomysły, więc materiał na drugą powstawał „od zera”. Był to najszybszy proces twórczy w historii grupy i myślę, że to słychać. Zabrakło czasu na przemyślenia i szlifowanie diamentów. A jak wiadomo presja nigdy nie jest sprzymierzeńcem artystów.

Na „Snach aniołów” zadebiutował w Quidam Jacek Zasada. W relacji do Ewy Smażyńskiej objawił się jako flecista o większej dynamice. Najważniejsze jednak, że szybko złapał nić porozumienia z resztą muzyków. Choć na tej płycie jeszcze nie rozwinął w pełni skrzydeł. Można powiedzieć, że jest tutaj mistrzem drugiego planu, tylko czasami wychodząc przed szereg. Nie zagrał żadnej solówki, lecz często bryluje we wstępach i ornamentach aranżacyjnych. Tylko w otwierającym miniaturowym „Przebudzeniu” jawi się jako główny bohater utworu.

Zmiana składu na pewno nie zaszkodziła grupie. Brak pomocy „Kolaży” też raczej nie. Emila dobrze spisała się jako autorka tekstów, choć i tym razem miała pomoc z zewnątrz – w osobie Macieja Wilkowskiego. Zaszkodził raczej tylko pośpiech.

MLWZ album na 15-lecie