Krampl, Gerald - Wonder Way

Artur Chachlowski,

ImageGerald Krampl. Długą muzyczną drogę, którą przebył ten urodzony w 1954 roku w Wiedniu artysta prześledziliśmy na łamach MLWZ przy okazji recenzowania jednej z jego poprzednich płyt płyty „Timediver" (2008). Dziś nie w głowie mu progresywne szaleństwa z czasów grup Kyrie Eleison i Indigo, nie wraca on też do muzyki new age, którą zafascynował się na przełomie wieków, dziś działa jako artysta solowy komponujący i wykonujący neoklasyczną muzykę instrumentalną. Otoczony baterią instrumentów klawiszowych prezentuje światu własną, wizję tego, co często nazywa się dźwiękowym minimalizmem, ambient czy po prostu muzyką elektroniczną. W ostatnim czasie wydał kilka płyt zawierających elektroniczne dźwięki skupione wokół pewnego tematu przewodniego. Tak było na omawianych przez nas albumach: wymienionym już wcześniej „Timediver” (2008), „Innocent Wasteland” (2009) oraz na "Lighthouse" (2010)

Gerald Krampl powraca z nowym krążkiem, na którym pozostając wciąż wierny podobnej konwencji, prezentuje nieco inne podejście do sprawy. Na albumie zatytułowanym „Wonder Way” znajdujemy wciąż instrumentalne kompozycje, ale odarte są one z wszelkich przejawów elektroniki. Te krótkie utwory wykonywane są na fortepianie, a grającemu na nim Kramplowi towarzyszy skrzypek Wiedeńskiej Orkiestry Narodowej, Peter Sagaischek.

No i efekt jest zdumiewający. Na „Wonder Way” znajdujemy 12 fortepianowych miniatur, które wzbogacone są dźwiękami instrumentów smyczkowych. Co w tym wszystkim najważniejsze, to wszystkie te utwory, które idealnie zmieściłyby się w kanonie instrumentalnej kameralistyki, posiadają urokliwe melodie. Swoim nostalgicznym nastrojem doskonale korelują one z jesienno-zimową aurą, która od dłuższego czasu gości za oknem.

Naturalne brzmienia akustycznych instrumentów wspaniale podkreślają minimalistyczny charakter muzyki Krampla, skrzypce i wiolonczele uwypuklają przepiękne fortepianowe linie melodyczne, nadając im nowy wymiar, wpisując je swym klasycznym charakterem w ramy szlachetnej dźwiękowej, nieomal filharmonicznej kameralistyki.

Wszystkie utwory wypełniające płytę „Wonder Way” są wysokich lotów. Słucha się ich wybornie (ach ten klimat! Świece, przyciemnione światło, lampka dobrego wina w ręce, wewnętrzny spokój, totalny relaks…), a gdybym miał wyróżnić któryś z tematów, to postawiłbym na „Flight Of The Gondolfiers”, „A Winter’s Tale” oraz na dedykowany niedawno zmarłej żonie Geralda, Hilde – „By The End Of The Day”.

MLWZ album na 15-lecie
On Air