D Project

Morse, Neal - Sola Scriptura

Artur Chachlowski,

ImageZastanawiam się cóż jeszcze można nowego powiedzieć o Nealu Morsie? Przecież począwszy od pierwszej płyty grupy Spock’s Beard („The Light”, 1995) o artyście tym napisano już właściwie wszystko. Że komponuje z ogromnym rozmachem. Że czerpie garściami z najlepszych tradycji progresywnego gatunku. Że nieobce są mu wzory z innych tradycyjnych gatunków. Że ma niezwykły dar do pisania ładnych, łatwo wpadających w ucho melodii. Że swe kolejne dzieła przygotowuje z największym pietyzmem. Że jest niezwykle płodnym artystą. Że praktycznie co roku dostarcza swoim fanom opasłe tomiszcze z co najmniej pięcioma kwadransami magicznych dźwięków i tekstów układających się w imponujące koncept albumy. Że zaskakuje niezliczoną ilością fantastycznych pomysłów. Że dostarcza słuchaczom kaskady epickich dźwięków. Że tworzy w sposób staranny, przemyślany i z epickim rozmachem. O tym wszystkim już dawno napisano niemal wszystko. Lecz teraz trzeba napisać coś jeszcze. Bo to wszystko to „tylko pismo”: Sola Scriptura. Tak z łacińska nazwał swoje najnowsze dzieło były lider Spock’s Beard, który od 2003 roku kontynuuje swoją karierę jako solista. I co ciekawe, jego solowe płyty brzmią o wiele bardziej „beardowsko” niż współcześnie działający w okrojonym składzie jego macierzysty zespół. Nie inaczej jest na płycie „Sola Scriptura”. Tylko Pismo. Pismo Święte w języku łacińskim, czy Pismo Święte w językach narodowych? No właśnie. Wiedząc o rozlicznych religijnych inklinacjach Neala Morse’a nikogo nie powinien zdziwić fakt, że tym razem przedmiotem swoich rozważań uczynił on życie Marcina Lutera – reformatora religijnego, który w 1517 roku przybił na drzwiach katedry w Wittenberdze słynnych 95 tez, które zapoczątkowały prawdziwą rewolucję w kościele katolickim. I właśnie skutki jego działalności, a w konsekwencji jego odwagi jako jednostki stawiającej czoła najwyższym autorytetom, Morse uczynił w nieco szerszym aspekcie tematem przewodnim swojej nowej płyty.

Nagrał ją ze starymi znajomymi obecnymi na jego każdym kolejnym solowym albumie. Za zestawem perkusyjnym zasiadł Mike Portnoy (Dream Theater), na basie gra Randy George, a na gitarze Paul Gilbert. Z tym ostatnim Morse współpracował dotychczas jedynie w efemerycznej formacji Yellow Matter Custard, wykonującej piosenki The Beatles (pamiętna płyta „One Night In New York City”, 2003). Szerokiej publiczności Paul Gilbert powinien być znany z działalności w grupie Mr. Big, która jakieś 15 lat temu wylansowała wielki światowy przebój „To Be With You”. Na płycie „Sola Scriptura” jego gitarowe partie robią naprawdę imponujące wrażenie. Zresztą o tym, że zatrudnienie go było doskonałym pociągnięciem świadczy fakt, że na całym albumie odnaleźć można mnóstwo zapierających dech w piersiach gitarowo-keyboardowych „pojedynków” na linii Morse – Gilbert. Wszystkie one są idealnie wpisane w konwencję długich, wieloczłonowych kompozycji, które składają się na program płyty. Neal znowu poszedł w całość i na „Sola Scriptura” umieścił zaledwie 4 kompozycje. Ale ich czasowe rozmiary są zgoła imponujące: „The Door” trwa 29 minut, „The Conflict” – 25, a „The Conclusion” – 16 i pół. Jedynie umieszczona na płycie z indeksem 3 ballada „Heaven In My Hart” zawiera się w „normalnym”, bo pięciominutowym wymiarze. Powstała ona jako ostatnia z całego repertuaru, składającego się na nową płytę Morse’a, i według jego słów ilustruje ona sytuację Martina Lutera, gdy siedział on w więziennej celi, oczekując na wyrok sądu w sprawie jego reformacyjnych wystąpień. Odzwierciedla ona też położenie człowieka, który jest w pełni oddany pewnej idei i to do tego stopnia, że zdaje sobie sprawę, że może go to kosztować życie. Ta piękna, choć co tu dużo mówić, typowa „morse’owska” fortepianowa pieśń z bogatą sekcją orkiestrową, jest prawdziwą ozdobą całej płyty. Nie znaczy to wcale, że pozostałe długie utwory ustępują jej w czymkolwiek. Są one po prostu inne, bo bardziej złożone, wielowątkowe, posiadają niezliczoną ilość punktów kulminacyjnych, są pełne niepowtarzalnego rozmachu, rozlicznych zmian tempa i niesamowitego wręcz uroku. Prawdę powiedziawszy stylistycznie w ogóle nie odbiegają one od tego, do czego Morse przyzwyczaił swoich fanów na poprzednich płytach. Dlatego po albumie „Sola Scriptura” nie spodziewajcie się żadnych ani brzmieniowych, ani stylistycznych rewolucji. To po prostu kolejna bardzo epicka, bardzo emocjonalna, a w konsekwencji bardzo dobra płyta w dorobku Neala Morse’a. Zarazem jest ona też dowodem na swoisty konserwatyzm artystyczny Neala Morse’a. Artysta ten uwielbia sięgać po sprawdzone wcześniej rozwiązania. Ale czyni tak dlatego, że doskonale wie, iż tego właśnie oczekują od niego jego sympatycy. Więc nie udziwnia, nie kombinuje, nic niepotrzebnie nie zmienia. Mam wrażenie, że od czasu swojego płytowego debiutu ze Spock’s Beard, Neal komponuje i przedstawia swoim słuchaczom jeden i ten sam długi album. Co roku dokłada do niego po prostu kolejne elementy, które szczęśliwym trafem idealnie pasują do poprzednich części i rozrastają się w jedną wielką całość. I za to go wszyscy tak bardzo kochamy. Tak naprawdę nie miałbym nic przeciwko temu, by Morse już do końca swojego, oby jak najdłuższego, artystycznego życia pisał wciąż „ten sam” album. Bo takiej właśnie muzyki, jak na „Sola Scriptura”, słucha się z wielką przyjemnością.

MLWZ album na 15-lecie