Glass Hammer - Valkyrie

Artur Chachlowski,

ImageHistoria grupy Glass Hammer liczy już sobie prawie ćwierć wieku. Aż trudno uwierzyć, że od tylu lat panowie Steve Babb (bg, k) i Fred Schendel (k, g) regularnie dostarczają nam solidne porcje wspaniałych muzycznych wrażeń (naliczyłem 16 studyjnych płyt w ich dorobku). Co więcej, przez ich zespół przewinęło się wielu znakomitych muzyków, dla których działalność w Glass Hammer okazała się prawdziwą trampoliną do dalszej kariery. Chyba najbardziej spektakularnym tego przejawem był dokonany kilka lat temu „transfer” do grupy Yes, wokalisty Jona Davisona.

Najnowszy album Glass Hammer nosi tytuł „Valkyrie” i ukazuje się on zaledwie rok po „The Breaking Of The World” i dwa lata po „Ode To Echo”. Częstotliwość godna podziwu, lecz muszę stwierdzić, że niestety nie zawsze idzie ona w parze z jakością muzycznego materiału. Ten glasshammerowski ‘zjazd w dół’ jest, moim zdaniem, widoczny od wydanego w 2005r. fenomenalnego dwupłytowego albumu „The Inconsolable Secret”. Z jednej strony ma na to wpływ zauważalny kryzys twórczy obu liderów (to panowie Babb i Schendel są kompozytorami lwiej części materiału zespołu), a z drugiej – niestabilna sytuacja za mikrofonem. O ile jeszcze na ostatnich płytach główne linie wokalne wykonywane były przez znanego z grupy Salem Hill, Carla Grovesa, ale na przykład na płycie „Ode To Echo” śpiewało w sumie aż pięcioro wokalistów (oprócz Grovesa, wspomniany już Jon Davison, Walter Moore, Michelle Young i Susie Bogdanovich), to na najnowszym albumie rolę front woman przypadła tej ostatniej. Od czasu do czasu Susie wspomagana jest wokalnie przez Babba i Schendela, ale czy jest to dobre rozwiązanie? Ocenę pozostawiam słuchaczom, lecz moim zdaniem nie. Bogate, często przyprawione symfonicznym rozmachem, brzmienie grupy Glass Hammer zawsze najkorzystniej wypadało z mocnym męskim wokalem. Nie ujmując nic wokalnym umiejętnościom Bogdanovich, większości nowych, najbardziej epickich w zestawie „Valkyrie” kompozycji, zdecydowanie brakuje wokalnej mocy.

Album „Valkyrie” to koncept o losach zakochanej pary rozdzielonej przez wojnę. Jak zawsze w przypadku Glass Hammer słyszymy na nim bogato zaaranżowane, progresywne brzmienie z pewnymi elementami jazz-fusion (niektóre fragmenty trwającej niemal kwadrans kompozycji „No-Man’s Land”), psychodelii (w zaśpiewanej przez Steve’a Babba kompozycji tytułowej), a nawet elektroniki (zwracam uwagę na nagranie „Nexus Girl”). W utworach „No Man’s Land”, „Dead And Gone” czy „Eucatastrophe” słyszymy naprawdę dobre pomysły muzyczne i ich niezłe instrumentalne wykonanie (potężne brzmienie organów Hammonda – palce lizać!), ale jakoś nie wydaje mi się, żeby miały one stać się przyszłymi klasykami symfoniczno–rockowego gatunku. Generalnie rzecz ujmując, mamy do czynienia z albumem dojrzałym, pełnym epickich, monumentalnych i melotronowych brzmień, albumem, który gdyby wydany był kilkadziesiąt lat wcześniej pewnie trafiłby do kanonu symphonic rocka i stałby na półce niejednego kolekcjonera obok płyt Genesis, ELP czy Pink Floyd.

Tu rodzi się jednak pytanie: czy w dzisiejszych czasach w ogóle jakakolwiek współcześnie nagrana płyta ma szansę stawać w szranki z utworami, które 40-45 lat temu zdefiniowały pozycję gatunku zwanego „rockiem symfonicznym”? Wydaje mi się, że nie. Być może przeminęły też już czasy grupy Glass Hammer, która jako jedna z nielicznych aktywnie funkcjonujących formacji od lat stara się być wierna swemu stylowi. Piszę to z bólem, ale chyba tak właśnie jest. A szkoda, bo niektórych kompozycji (np. „Rapturo”, „Dead And Gone” czy „Fog Of War”) z najnowszej płyty słucha się naprawdę nieźle. To monumentalne, długimi chwilami pełne patetycznego zadęcia i muzycznego patosu brzmienie potrafi nadal wywoływać przyjemne ciarki na plecach. Ale cóż, ze smutkiem stwierdzam, że nowa muzyka Glass Hammer, aczkolwiek potężna i epicka (aż chciałoby się napisać: dziś już nikt nie potrafi tak grać) skazana jest na niszowość i doceni ją zapewne jedynie nieliczna grupa słuchaczy. 

MLWZ album na 15-lecie