Last Flight To Pluto - See You At The End

Artur Chachlowski, Last Flight To Pluto - See You At The End

Czy ktoś pamięta jeszcze walijską grupę Ezra? Swego czasu prezentowaliśmy ją w audycji MLWZ, a na naszych łamach wciąż można znaleźć recenzję wydanej 10 lat temu płyty „Songs From Pennsylvania”. Zespół nie funkcjonuje już od dawna, ale działający w nim przed laty perkusista Daz Joseph powołał niedawno do życia grupę o nazwie Last Flight To Pluto, która w ubiegłym roku zadebiutowała sensacyjną płytą pt. „See You At The End”. Główną postacią w zespole jest, obok Josepha, charyzmatyczna wokalistka Alice Freya.

Słuchałem wielu nowych płyt wydanych w 2016 roku, w trakcie minionych miesięcy zetknąłem się z wieloma debiutującymi zespołami, lecz chyba żaden – no, może poza grupą Cairo, ale zważywszy, że zrodziła się ona na zgliszczach doskonale znanej w progrockowym światku formacji Touchstone, to nie był to debiut z gatunku tych „absolutnych” - nie wywarł na mnie takiego wrażenia, jak właśnie to omawiane dziś przeze mnie wydawnictwo.

Grupa Last Flight To Pluto gra bardzo nowoczesną muzykę, jednakowoż cały czas wpisującą się w szeroko rozumiane progrockowe ramy. Z jednej strony z muzyce młodych Walijczyków (większość z nich to dwudziestoparolatkowie) sporo jest klasycznych wpływów takich tuzów, jak Rush, The Police, King Crimson, Camel czy Pink Floyd, ale z drugiej sporo jest także powiewu świeżości w postaci bardziej współczesnych inspiracji (Massive Attack, Red Hot Chilli Peppers). Jednak Last Flight To Pluto ani przez moment nie jest klonem żadnego z wymienionych wykonawców. Co więcej, nasi bohaterowie często idą jeszcze dalej. W utworze „Red Pill” słuchać wyraźne echa muzyki funk oraz… rap. A wszystko to zwieńczone jest epickim gitarowym solem, którego nie powstydziłby się sam David Gilmour. Te różnorodne muzyczne segmenty w ramach długich kompozycji (najkrótszy utwór trwa ponad 7 minut!) logicznie i bezbłędnie przechodzą jedne w drugie, a kolejne utwory nabierają dzięki temu niesamowitej mocy i potężnego rozmachu. Tak jest w najwspanialszej na płycie kompozycji „Seven Mothers”, która posiada dodatkowe walory: szczyptę elektroniki, mądry tekst w obronie natury oraz rewelacyjny dziecięcy chórek. Tak jest też w mającym przebojowy zaśpiew, który momentalnie wpada w ucho „Lots Of Swords”. Tak jest w pełnej przestrzeni i zachwycającą melodiami kompozycji „House By A Lake”. Tak jest też w onirycznym, delikatnie ocierającym się raz o ambient, a raz o space rock finałowym nagraniu „Now Boarding”. Zresztą nie ma na tym albumie słabej kompozycji. Jest ich w sumie sześć i każda z nich nie dość, że broni się sama, to jeszcze potrafi fascynować czymś innym, jakimś szczególnym, łatwo zapamiętywalnym elementem.

Jak na debiutantów Last Flight To Pluto jest zespołem brzmiącym niesamowicie dojrzale. Warto zwrócić na niego uwagę i śledzić jego dalsze losy. Debiutancka płyta jest już sama w sobie pozycją udaną i właściwie nie pragnę niczego więcej niż tylko tego, by zespół utrzymywał ten sam (wysoki!) poziom na swoich kolejnych wydawnictwach. Słyszałem, że jest szansa, że w 2017 roku ukaże się nowy album. Znany jest nawet jego tytuł: „A Drop In The Ocean”. Prawdę powiedziawszy już nie mogę się doczekać.

MLWZ album na 15-lecie