Phal:Angst - Phase IV

Artur Chachlowski, Phal:Angst - Phase IV

Pamiętam, że bardzo podobał mi się wydany przed trzema laty album „Black Country” enigmatycznej austriackiej grupy Phal:Angst. Z rosnącą fascynacją, ale i z coraz większym zadziwieniem przysłuchiwałem się dochodzącym do moich uszu mrocznym postrockowym dźwiękom, tym bardziej, że nigdy takie granie nie wywoływało u mnie żywszego bicia serca. Z reguły omijałem szerokim łukiem takie zahaczające o przygnębiającą posępność doomowe klimaty. Tymczasem muzyka Austriaków z każdym kolejnym przesłuchaniem fascynowała mnie jeszcze bardziej.

Nic dziwnego, że z radością powitałem nową, czwartą już w ich dorobku, płytę zatytułowaną „Phase IV”. No i… nie rozczarowałem się. Dlaczego? Głównie z podobnych powodów, które już powyżej opisałem. Ale były jeszcze inne. O nich za moment. Tymczasem zacznijmy od początku. Phal:Angst. Skąd taka dziwna nazwa? Wytłumaczenie jest bardzo proste. Otóż, w zespole śpiewa Ph, na gitarach gra Al., na basie - :, a na instrumentach elektronicznych i samplach - Angst. Nowa płyta wiedeńczyków jeszcze chyba lepiej, a przede wszystkim bardziej naturalnie, w całej swej otoczce mrocznego post rocka, łączy w sobie klimaty elektroniki, industrialu, a także filmowych soundtracków, czyniąc z muzyki Phal:Angst unikatową, jedyną w swoim rodzaju mieszankę dźwięków, sekwencji i muzycznych plam. Tak ad hoc do głowy przychodzi mi porównanie, że wszystko na tej płycie brzmi jak muzyka Angelo Badalamentiego skrzyżowana z produkcjami grupy Mogwai, do tego zanurzona w gęstym i mrocznym industrialnym sosie.

Poszczególne kompozycje, a jest ich na „Phase IV” pięć, są długie (wszystkie trwają ponad 10 minut), nie posiadają standardowych struktur, wymykają się wszelkim klasyfikacjom, a przede wszystkim wymagają czasu na rozwój, rozwinięcie i… zrozumienie. Na tej płycie nic nie dzieje się szybko, tu nie ma pośpiechu, tu wszystko dojrzewa powoli i trafia w odbiorcę, nie tyle błyskawicznie, co raczej niespodziewanie i z opóźnieniem. Ta muzyka potrzebuje przestrzeni, tak jak żywy organizm potrzebuje tlenu do oddychania.

Mroczny post rock ze spowolnionym oddziaływaniem? Tak chyba można by najkrócej opisać to, co słyszymy na „Phase IV”. Ta płyta ma swój urok i kryje w sobie wiele tajemnic. A przede wszystkim wymaga cierpliwości.

 

PS. Jako ciekawostkę, na końcu płyty zamieszczono kilka remiksów, które – przynajmniej w jednym przypadku – mogą okazać się prawdziwym muzycznym szokiem. Nie zdradzę który z nich mocno zadziwi niejednego słuchacza. Jeden z nich, „The Books” dokonany został przez Justina Broadricka z grupy Goldflesh, a więc prekursora industrialnego metalu, a także grindcore’owych deathmetalowych brzmień. Natomiast „Despair II” to dzieło Willa Brooksa – znanego innowatora muzyki hiphopowej. Obaj należą do ścisłego grona idoli, na dokonaniach których wyrośli muzycy tworzący zespół Phal:Angst.

MLWZ album na 15-lecie