Thesis - Kres

Paweł Świrek, Thesis - Kres

Cztery lata po płycie „Z dnia na dzień na gorsze” doczekaliśmy się kolejnego pełnowymiarowego wydawnictwa grupy Thesis. Zespół najwyraźniej podąża na nim drogą wyznaczoną przez poprzednie wydawnictwa z Kacprem Gugałą jako wokalistą (wspomniany album „Z dnia na dzień na gorsze” i EP-ka „Płoń”), lecz odnoszę wrażenie, iż wokale Kacpra są teraz o wiele bardziej melodyjne w stosunku do wcześniejszych wydawnictw.

Wszystkie utwory śpiewane są w języku polskim, a klimat z pierwszej płyty oraz EP-ki „Fates” odszedł na drugi plan. Całość została zarejestrowana w taki sposób, by uchwycić energię wspólnego grania na żywo. A tej energii jest naprawdę dużo. Momentami może się wydawać, że mamy do czynienia z demówką (ze względu na zakończenia utworów oraz przejścia pomiędzy utworami), lecz taki właśnie był zamysł zespołu. Część zarejestrowanego materiału można było na żywo usłyszeć na koncertach promujących poprzednie wydawnictwo, a utwór „Godziny” (znany także jako „Chemia”) mógłby spokojnie być lansowany w radiu. Jest to bardzo chwytliwa i melodyjna kompozycja i zarazem, moim zdaniem, jeden z najmocniejszych punktów całego wydawnictwa. Innym, równie mocnym punktem, choć nieco mniej intrygująco brzmiącym jest „Aż zabraknie słów”. W pozostałych kompozycjach bywa różnie, raz jest ciężej, raz lżej. Podobne zabiegi mieliśmy także na poprzednim dużym wydawnictwie zespołu. Liczne wpadające w ucho refreny z melodyjnym wokalem Kacpra, a przy tym idealnie współgrające z gitarą to prawdziwy majstersztyk. Utwory „Szum” i „Wstyd” miałem przyjemność usłyszeć półtora roku wcześniej podczas koncertu w krakowskim Zaścianku. Utwory te na płycie wydają się brzmieć o wiele ciężej niż je zapamiętałem. Charakterystycznym elementem utworu „Szum” jest pulsujący bas. Tytułowa kompozycja jest najdłuższym utworem w tym zestawie. Przewijają się przez nią częste zmiany nastroju i tempa, a w jednym ze spokojniejszych momentów pojawia się nawet brzmienie trąbki. Wplatanie w muzykę Thesis instrumentów dętych mieliśmy już na poprzedniej płycie (saksofon w dwóch utworach), stąd ten pomysł osobiście mnie w ogóle nie zaskoczył. A swoją drogą naprawdę nieźle urozmaicił on całą płytę.

Tym sposobem otrzymaliśmy około 40 minut ciężkawej, aczkolwiek w miarę spójnej, muzycznej całości. Podobnie jak to było z poprzednim albumem, niebawem doczekamy się zapewne wydania winylowego (czas trwania wydawnictwa „Kres” idealnie pasuje do tego typu nośnika). Póki cieszmy się z wersji CD. Naprawdę brzmi nieźle.

MLWZ album na 15-lecie