Finister - Please, Take Your Time

Artur Chachlowski, Finister - Please, Take Your Time

No i dali radę. Recenzję debiutanckiej, wydanej w 2015 roku, płyty grupy Finister pt. „Suburbs Of Mind” zakończyłem stwierdzeniem, że już na początku swojej kariery włoscy muzycy wysoko ustawili sobie poprzeczkę i przez to na kolejnej płycie oczekiwania wobec nich będą o wiele większe. Ale z uznaniem i z niekłamaną radością muszę stwierdzić, że podołali im.

Oto na wydanym pod koniec ubiegłego roku albumie „Please, Take Your Time” znowu mamy do czynienia z bardzo wysmakowaną i dojrzałą muzyką. Włosi nagrali go w niezmienionym składzie, co na pewno wpłynęło na stylistyczną, jak i merytoryczną stabilizację, dzięki czemu na nowym krążku spotykamy znowu mroczny świat muzyki Finister trochę naznaczonej neoprogresem, trochę post punkiem, trochę alternatywą, a trochę też… trip hopem. Jeżeli kogoś wystraszyłem tą niecodzienną mieszanką stylów, proszę się nie obawiać. W istocie, może ona wydać się dziwaczna, ale tylko na papierze. W rzeczywistości na płycie „Please, Take Your Time” otrzymujemy dawkę solidnego, nowocześnie zagranego alternatywnego rocka z licznymi odniesieniami do rocka progresywnego. Nie we wszystkich utworach, ale naprawdę dość często, nasuwają się skojarzenia z norweską grupą Himmellegeme (pamiętacie rewelacyjny album „Myth Of Earth” z 2017 roku?). Być może dzieje się tak za sprawą charakterystycznej barwy głosu i sposobu ekspresji wokalisty Elii Rinaldiego (gra on także w zespole Finister na gitarach i syntezatorach), które bardzo przypominają Aleksandra Vormestranda.

Album rozpoczyna się od przebojowego, przesyconego elektroniką, a przy tym niesamowicie melodyjnego utworu „Lighter”. To mocny kandydat na dobry przebój. Mroczne i niepokojące klimaty z pewnymi odniesieniami do stylistyki starego King Crimson przewijają się w „A Free Bug”, a w „I Know That I Can Be With You” króluje dźwiękowy romantyzm kumulujący się w przepięknym saksofonowym solo. Postgrunge’owe skojarzenia budzą się podczas słuchania rozpędzonego rockowego numeru „Pan Tribal”, w „My Deepest Faces” pojawia się solidna porcja spacerockowej psychodelii, zaś „Vapor” to świetna elektro-rockowa ballada. Natomiast finał albumu w postaci nagrania „Scyscrapers” to już mroczny soniczny niepokój zanurzony w psychodelicznym sosie podlanym delikatną nutką dubowego rytmu. Pysznie to brzmi.

Drugi album grupy Finister to pozycja wielce interesująca i pełna niebanalnych pomysłów. Pomimo tego, że gdzieś wewnątrz czuję, że włoskim muzykom daleko do stricte progrockowej stylistyki, to nie potrafię inaczej myśleć o ich najnowszym krążku jako o bardzo przekonywującej i bardzo dojrzałej muzyce.

MLWZ album na 15-lecie