Findlay, Heather - Wild White Horses

Artur Chachlowski, Findlay, Heather - Wild White Horses

Kiedyś była podporą grupy Mostly Autumn. Od pewnego czasu jest artystką występującą solo. Odeszła z Mostly Autumn, bo chciała poszukać nowych wyzwań, popracować w otoczeniu innych muzyków i sprawdzić się w samodzielnych występach. Mija dziesięć lat i oto ukazuje się pierwszy pełnowymiarowy solowy album Heather Findlay (wcześniej były tylko EP-ki, m.in. recenzowana u nas „The Phoenix Suite”” z 2011 roku czy wydany pod szyldem Heather Findlay Band album „I Am The Snow” (2016)).

Obawiam się, że progrockowy świat zdążył już nieco o niej zapomnieć. Niewielka ilość nowej muzyki (co w porównaniu z regularnie ukazującymi się płytami jej macierzystej formacji jest prawdziwą kroplą w morzu), a przede wszystkim subtelna stylistyczna wolta wskazują na to, że Heather przeciera teraz nowe szlaki i nagrywa już dla trochę innej publiczności.

W wydaniu płyty „Wild White Horses” pomógł jej Luke Morley, który oprócz perkusji (gra na niej Dave McCluskey) obsługuje wszystkie instrumenty - gitary, bas, fortepian, Wurlitzer, Hammond, syntezatory, mandolinę, recorder, instrumenty perkusyjne. Na płycie słychać też mnóstwo gości, ale to właśnie dzięki współtworzącemu większą część materiału Morleyowi ta płyta mogła wreszcie ujrzeć światło dzienne. Jego wkład jest przeogromny, chociaż to śpiew Heather przez cały czas trwania płyty znajduje się w centrum uwagi.

Z tej współpracy wyszła płyta różnorodna i eklektyczna - od łatwo wpadających w uszy piosenek „Here's To You” (uwaga! utwór ten może nieźle zaszokować fanów wokalistki. Utrzymany jest on bowiem w stylu… country!), poprzez „The Island” i „Face In The Sun”, które po trosze nawiązują do wcześniejszej działalności Heather, poprzez akustyczne, eteryczne, dźwiękowe meandry z wokalami pełnymi tęsknoty, aż do nieskrępowanego rockera - „Southern Shores”.

Bardzo przyjemny jest też jedyny duet wokalny na tej płycie. W utworze „Just A Woman” Heather Findlay śpiewa razem z Danny Bowesem z grupy Thunder. Warto odnotować też wkład innych zaproszonych muzyków, jak Ian Anderson, który wykonuje ładną partię na flecie w folkowym numerze „Winner” czy też Troya Donockleya wnoszącego jak zawsze celtycki pierwiastek przy pomocy swoich dud w „I Remember”.

Co tu jeszcze mamy? Odrobinę americany w „Already Free”, stylizowany na Kate Bush utwór „Cactus”, łzawą rockową balladę „Firefly” czy też typowo westernowy utwór tytułowy. Najbardziej podoba mi się jednak dostojny finałowy rockowy numer pt. „Forget The Rain”. To w nim talent Findlay oraz ciekawe harmonijne pomysły Morleya uwypuklają się najbardziej.

„Wild White Horses” nie jest płytą złą. Ale nie jest też albumem, którym Heather zachwyci swoich progrockowych sympatyków. Najwyraźniej podąża ona teraz inną stylistyczną ścieżką, starając się znaleźć dla siebie nowe miejsce w muzycznym świecie. Bez dwóch zdań bliżej jej teraz do tzw. muzyki środka niż do produkcji, które pamiętamy z czasów, kiedy śpiewała w Mostly Autumn.

MLWZ album na 15-lecie