Magic Pie - Fragments Of The 5th Element

Artur Chachlowski, Magic Pie - Fragments Of The 5th Element

Formacja Magic Pie dzięki umiejętnemu połączeniu klasycznego progu i hard rocka inspirowanego twórczością takich grup, jak Dream Theater, The Flower Kings, Spock’s Beard, Genesis, Kansas i Deep Purple, już dawno stała się znaną marką dla fanów ambitnej muzyki. Muzyka Magic Pie praktycznie od samego początku znana jest z epickiego, energetycznego, melodyjnego i czasem ciężkiego prog rocka ze wspaniałymi wokalnymi harmoniami (śpiewają praktycznie wszyscy członkowie zespołu, a w roli głównej występuje znany ze współpracy z Kenem Hensleyem i formacją Kerrs Pink, Eirikur Hauksson) oraz świetną muzykalnością. Tak więc nic dziwnego, że te zróżnicowane wpływy dominują też na nowej, planowanej do wydania 30 sierpnia przez wytwórnię Karisma Records, płycie zatytułowanej „Fragments Of The 5th Element”.

Na jej program składa się 5 utworów: 4 pierwsze to krótkie, około pięciominutowe nagrania, a jeden jest długi - to 23-minutowy „The Hedonist”. Wszystko zaczyna się od „The Man Who Had It All”, który przedstawia postać o imieniu Jeremiasz. Był facetem, który kochał życie, dobrze się bawił i umarł z uśmiechem na twarzy. Utwór ma w sumie pozytywne przesłanie i świetnie wprowadza w świat nowej muzyki Magic Pie. Rozpoczyna się od potężnego dźwiękowego wykopu, w który po kilku chwilach wchodzi delikatny fortepian i fajne harmonie wokalne, a następnie przeistacza się w rozpędzony progrockowy utwór, w którym jest miejsce i na fajny refren, i na przyjemną, utrzymaną w neoprogowym stylu część instrumentalną, i wreszcie na dysonansową sekcję dźwięków, po której następuje prawdziwe muzyczne szaleństwo. „The Man Who Had It All” to utwór, która… ma to wszystko. Nic dziwnego, że został on wybrany na singla pilotującego nowy album.

Singiel nr 2 to nagranie zatytułowane „P&C”, co rozszyfrować można jako ‘pleasure and consequences’, w którym rozpędzona dźwiękowa machina Magic Pie nie zwalnia tempa. To znowu utwór o imprezowaniu i o piciu. Nic mi nie wiadomo czy główny bohater także umiera tu z uśmiechem, ale całość wydaje się prawdziwą afirmacją beztroskiego życia. Imponują wpadające w ucho melodie oraz dwie wspaniałe solówki: najpierw jazzująca improwizacja na syntezatorze (duże brawa dla Erlinga Henangera), a potem efektowana partia utrzymana w duchu Alana Holdswortha wspaniale wykonana przez gitarzystę Kima Stenberga. W grupie Magic Pie Kim to więcej niż tylko gitarzysta prowadzący. Pisze on, aranżuje i produkuje muzykę i wydaje mi się, że ma on decydujące zdanie dotyczące muzyki (teksty pisze Eirikur Hauksson).

Zresztą kolejne, trzecie nagranie zatytułowane „Table For Two”, potwierdza tezę o roli Stenberga w zespole. Jest to miłosna piosenka o uczuciu łączącym dwoje dojrzałych ludzi, którzy wspominają cudowne lata spędzone ze sobą. Zespół zdecydowanie zwalnia w nim tempo konsekwentnie budując klimat, którego punktem kulminacyjnym jest marzycielski refren z przewijającą się w tle gitarką, a prawdziwe apogeum następuje w długiej, jakby puszczonej wspak, gitarowej solówce, w której talent Stenberga ujawnia się w całej okazałości.

Jeszcze bardziej spokojnie jest w ostatnim z „krótkich” (uwaga! Trwa on aż 8 minut) utworze – „Touched By The Angel”. To barowa opowieść o człowieku, który przegrał życie i który wspomina młodzieńcze szaleństwa i rozmyśla o powodach, które zmieniły jego życie w prawdziwe piekło. Instrumentalny początek jest wybitnie bluesowy, potem mamy liryczne wprowadzenie i wreszcie dostojny, bardzo podniosły refren. Zachwycający jest sposób jak z cichego bluesa utwór ten przeistacza się przesączoną emocjami melodyjną balladę. Mistrzem takich płynnych przejść od jednego nastroju w drugi jest Neal Morse i im dłużej słucham tej płyty, tym więcej odnajduję cech wskazujących na to, że grupa Magic Pie stara się złożyć głęboki ukłon jego twórczości. A już końcowa partia gitary Stenberga (czy tylko mnie kojarzy się tutaj z Jimmy Page’em?) – po prostu place lizać.

Po tych czterech słodko-gorzkich muzycznych historiach nadchodzi czas na wspomnianą już wielce epicką suitę zatytułowaną „The Hedonist”. Jej tytuł mówi wszystko - bohater chce żyć życiem przyjemnym. Wie, że na świecie jest dużo bólu i smutku, ale zdaje też sobie sprawę, że niewiele może zrobić, by to zmienić. Pochwała radosnego życia aż tryska z tej rozbudowanej i wielowątkowej kompozycji. Jak powinno to być w przypadku progrockowych suit, jest w tym nagraniu dużo dobrze wykorzystanego czasu i licznych zmian tempa, skomplikowanych harmonii wokalnych, rozpędzonej sekcji rytmicznej (Lars Petter Holstad – bg – Jan Torkild Johannessen – dr), odważnych aranżacji (m.in. smyczki i flety) oraz powracających ze zdwojoną siłą słyszanych już wcześniej muzycznych tematów. Wszyscy muzycy demonstrują swoje niebywałe umiejętności techniczne, czyniąc z „The Hedonist” fascynującą muzyczną opowieść pełną nieskończonej liczby progrockowych smaczków. Pomimo tego, że to bardzo długa kompozycja, nie dłuży się ona ani przez chwilę.

„Fragments Of The 5th Elements” to płyta, która rośnie z każdym kolejnym przesłuchaniem, a za serce chwyta dosłownie już przy pierwszym kontakcie. Fajnie się słucha takich albumów, gdyż przez cały czas czuje się, że zespół nie oszczędza się i odpala moc na wszystkie cylindry. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie warto było czekać na tę płytę, bo czas z nią spędzony to prawdziwa uczta dla uszu.

MLWZ album na 15-lecie