Opeth - In Cauda Venenum

Artur Chachlowski, Opeth - In Cauda Venenum

Od czasu albumu „Watershed” z 2008 roku zespół Mikaela Akerfeldta całkowicie odciął się od swoich najstarszych korzeni, a tym samym od ekstremalnego metalu. I choć najnowszy krążek „In Cauda Venenum” zawiera sporo ciężkich i mocniejszch elementów, to z pewnością nie jest on powrotem do starych deathmetalowych czasów. Pewnie dlatego, że słychać na nim także mnóstwo pierwiastków progrockowych, folkowych i psychodelicznych, staje się on dla mnie jednym z najbardziej satysfakcjonujących, a zarazem wymagających wydawnictw grupy Opeth od lat. Co więcej, nowy album posiada jeszcze jeden twist, który czyni go wyjątkowym. Otóż, Opeth nowy materiał nagrał pierwotnie w języku szwedzkim, lecz postanowił także opublikować angielskie wersje piosenek, dzięki czemu otrzymujemy album „In Cauda Venenum” - zarówno na CD, jak i na LP - w dwóch wersjach językowych. Każda o nieco innym smaku, ale obie stanowią fascynującą porcję naprawdę świetnie prezentującej się muzyki.

Łaciński tytuł płyty dosłownie można przetłumaczyć jako “trucizna jest w ogonie”, co metaforycznie oznacza złośliwość zawartą w zakończeniu niewinnie rozpoczynającego się dzieła. Czy w przypadku tego albumu też możemy mówić o finalnej truciźnie? O tym za chwilę…

Po uduchowionym syntezatorowym wstępie do całości w postaci intra „Garden of Earthly Delights” zespół zaprasza na tyleż wciągającą, co złowieszczo brzmiącą muzyczną podróż „Dignity”, w której znalazło się miejsce na mnóstwo chwytliwych, acz ciężkich, riffów. To wszystko dzięki niezwykle efektownym gitarowym partiom w wykonaniu Mikaela Akerfeldta i Fredrika Åkessona. Sporo się tu dzieje. Mamy tu ogromne natężenie różnorodnych dźwięków w jednostce czasu, głosy przepuszczone przez wokoder, by wreszcie z niespodziewanego wyciszenia wyłoniła się wciągająca linia melodyczna. O ile to jedna z najcięższych brzmieniowo kompozycji na płycie, to zaraz po niej następuje chyba najbardziej progresywna - „Heart In Hand”. Z kolei w „Next of Kin” najlepiej słychać jak we współczesnej muzyce Opeth w doskonałej symbiozie funkcjonują obok siebie pierwiastki hard rocka i rocka progresywnego, a w dodatku orkiestrowe partie keyboardzisty Joakima Svalberga dodają smaku ciężkim i soczystym gitarowym riffom. Świetny, pełen epickiego rozmachu, to utwór. Chwilę potem dla odmiany nadchodzi czas na dostojny, jakby z namaszczeniem rozwijający się utwór „Lovelorn Crime” z lirycznym wokalem Akerfeldta otoczonym fortepianowymi i gęstymi syntezatorowymi dźwiękami, by zaraz potem trysnęło się istne rockowe szaleństwo w chwytliwym nagraniu „Charlatan”. Podkreślić tutaj trzeba rozpędzone bębny Martina „Axa” Axenrota oraz jego rewelacyjną współpracę z basem, na którym gra Martin Méndez. Symfonicznie, wręcz mistycznie brzmiąca kompozycja „Universal Truth” znów przenosi słuchacza w psychodeliczne klimaty pełne raz ciężkich, raz akustycznych gitar i harmonicznego śpiewu lidera zespołu. Następny jest „The Garroter” – rozpoczyna się od gitary flamenco i delikatnej melodii zagranej na fortepianie, a następnie pobrzmiewają w nim folkowe i jazzowe kaskady dźwięków, na tle których płynnie przemieszczają się za sobą fascynujące linie melodyczne i rytmiczne łamańce. Delikatny utwór „Continuum” to ponownie zahaczenie o krainę folka, jazzu i psychodelii, co w pewnym stopniu czyni go ewidentnym nawiązaniem do uduchowionego brzmienia Canterbury. Płytę w wielkim stylu zamyka trwająca ponad 8 minut monumentalna kompozycja „All Things Will Pass”. Mnóstwo w niej skomplikowanych rytmów, progrockowych syntezatorów, a przede wszystkim niesamowitego klimatu pełnego muzycznego patosu i duchowego uniesienia. To wspaniałe zakończenie tej udanej płyty. Czy trucizna naprawdę jest w ogonie?... Nie!

Z prawdziwą przyjemnością przez minione lata śledziłem powolną ewolucję Opeth. Choć podobały mi się wszystkie etapy ich kariery, to dzisiaj naprawdę nie tęsknię za deathmetalowymi czasami. Zdecydowanie bardziej podoba mi się to, co ten szwedzki zespół proponuje na czterech ostatnich płytach studyjnych. I muszę tu powiedzieć, że „In Cauda Venenum” fascynuje mnie najbardziej, choć nie jest to album, który spodoba się od razu, przy pierwszym przesłuchaniu. Jednakże za każdym razem, gdy powraca się do niego w miarę często, otwiera przed słuchaczem nowe, fascynujące pierwiastki, których wcześniej się nie słyszało. Nowy album Opeth to ekstremalnie dobra robota i jeden z naturalnych pretendentów do miana Albumu 2019 roku.                  

MLWZ album na 15-lecie