Flower Kings, The - Waiting For Miracles

Artur Chachlowski, Flower Kings, The - Waiting For Miracles

Dawno nie słyszeliśmy nowych nagrań grupy The Flower Kings. Od poprzedniej płyty „Desolation Rose” minęło aż sześć długich lat. Ale był taki czas, że płyty (często podwójne) tego zespołu ukazywały się ze sporą częstotliwością i niektórzy odczuwali już spory przesyt ilością nowych dźwięków dostarczanych przez Kwiatowych Królów. Nic dziwnego, że lider tej formacji, Roine Stolt, postanowił nieco spowolnić pracę swojego zespołu. Wszak to weteran sceny progresywno-rockowej i doskonale wie jakie prawidła działają w obrębie tego gatunku.

Zadebiutował w 1974 roku jako nastolatek w zespole Kaipa, a po raz pierwszy pojawił się na wydanej rok później przez wytwórnię Decca płycie „Kaipa”. Spędził z tą formacją wiele lat, lecz na kierowanie własnym zespołem musiał jeszcze trochę poczekać. Dwadzieścia lat później wydał swój solowy album zatytułowany „The Flower King” (1994), który narobił sporo pozytywnego szumu w świecie progresywnego rocka. Stanowił on niezwykle ważną pozycję w karierze Roine’a, gdyż zagrał on wtedy na wszystkich instrumentach (z wyjątkiem perkusji), a ciepłe przyjęcie, zarówno przez krytykę, jak i słuchaczy, spowodowało, że założył on regularny zespół, który w kolejnych latach szybko nabrał rozpędu i osiągnął znaczącą pozycję wśród współczesnych progresywnych grup rockowych. Nagrał z The Flower Kings kilkanaście albumów, szybko stał się bardzo rozchwytywanym artystą i współpracował z wieloma legendarnymi zespołami i projektami. Wymieńmy tylko kilka najgłośniejszych nazw i nazwisk: Neal Morse, Mike Portnoy i Pete Trewavas (w grupie Transatlantic), były gitarzysta Genesis, Steve Hackett, czy ikona progresywnego rocka Jon Anderson, a także kolejne supergrupy, jak Agents Of Mercy, Kaipa DC czy The Sea Within. W 2018 roku wydał album „Manifesto of Alchemist” i firmował go szyldem Roine Stolt’s The Flower King, a po serii udanych koncertów, postanowił powrócić pod starą nazwą.

Na początku listopada ukazał się nowy album grupy The Flower Kings zatytułowany „Waiting For Miracles”. Zawiera on 15 nowych utworów nagranych latem w należącym do Benny Andersona z Abby studiu RMV w Sztokholmie. Można powiedzieć, że Kwiatowi Królowie powrócili w (prawie) klasycznym zestawieniu, gdyż obok Stolta, w obecnym składzie znajdujemy starych członków The Flower Kings: Jonasa Reingolda (bg) i Hasse Fröberga (v), a oprócz nich także Zacha Kaminsa (g, k) i Mirko DeMaio (dr). No i trzeba przyznać, że starzy progrockowi wyjadacze powrócili w bardzo wysokiej formie.

Nowy album The Flower Kings to czysty prog rock z mnóstwem klawiszowych, często oldschoolowych brzmień, pełen długich gitarowych solówek, z licznymi wszechobecnymi pierwiastkami popu, progu, rocka, muzyki symfonicznej, klasycznej i filmowej. Stylistycznie płyta nawiązuje do radosnego, niczym nieograniczonego grania, z którym The Flower Kings byli utożsamiani od samego początku swojej działalności. Płyta „Waiting For Miracles” zachwyca przede wszystkim warstwą instrumentalną. Zachwycają długie popisy instrumentalistów, właściwie w każdym utworze zespół zostawia sobie margines na zademonstrowanie indywidualnych umiejętności, a apogeum tego wielkiego gitarowo-klawiszowo-orkiestrowego szaleństwa znajduje się w samym środku programu albumu – dwa umieszczone obok siebie utwory, „The Bridge” oraz „Ascending The Stars”, to prawdziwa instrumentalna jazda bez trzymanki przepełniona epickim rozmachem oraz nasączona symfonicznym patosem. Ponadto wyróżniają się też dwa dziesięciominutowe długasy, „Miracles For America” i „Vertigo”. W takich Flower Kingsach naprawdę można się zakochać. Również i inne utwory, jak „Black Flag”, „Sleep With The Enemy” i zamykający program podstawowej płyty „The Crowning Of Greed” to rzeczy z najwyższej progrockowej półki. Wszystko to daje ponad godzinną porcję naprawdę niezłej muzyki. A w kopercie jest przecież jeszcze drugi, krótszy (22 minuty), kompaktowy krążek, również pełen zaskakujących muzycznych przygód (zwracam uwagę na kompozycję „We Were Always Here”!).

Muzycznie jest naprawdę nieźle. Co do samych wokali – to nie ma tu żadnych niespodzianek. Głosy oraz sposoby wokalnej ekspresji Stolta i Fröberga są tyleż charakterystyczne, co specyficzne i albo się je lubi, albo nie. Ja akurat lubię. A na płycie „Waiting For Miracles” lubię nawet bardzo.

Podsumowując w jednym zdaniu, widać że dłuższa przerwa wyszła grupie The Flower Kings na dobre, bo w postaci nowego albumu otrzymaliśmy jedną z najciekawszych płyt w jej niemałej dyskografii.

The Flower Kings niedawno ogłosili, że grudniu br. ruszają w trasę koncertową. Zagrają dwa koncerty w Polsce (03.12 w Piekarach Śląskich i 04.12 w Poznaniu). Będzie to ich druga wizyta w naszym kraju i jestem pewien, że w trakcie swoich występów zaprezentują atrakcyjne spektrum swojego bogatego wczesnego katalogu, a także muzykę z nowej płyty. Oby tej ostatniej jak najwięcej, bo to rzecz pod każdym względem nad wyraz udana…

MLWZ album na 15-lecie