Airbag - A Day At The Beach

Maciej Lewandowski, Airbag - A Day At The Beach

„Odrabiając lekcje” przed recenzją najnowszej płyty Airbag, moim obowiązkiem było powrócić i przesłuchać uważnie całą dotychczasową twórczość tych sympatycznych Norwegów, czyli cztery pełne płyty plus trzy EP-ki. Muzyczna droga, jaką przeszedł ten zespół, praktycznie od cover bandu Pink Floyd, po jedną z najważniejszych kapel ambitnego rocka, jest naprawdę imponująca. Tym razem czekaliśmy na ich nowy materiał cztery lata, żegnając się na ten czas urokliwą balladą, a wręcz kołysanką „Returned” - wieńczącą płytę Disconnected” z 2016 roku…

Dziś powracają, nie boję się użyć tak ważnych i odpowiedzialnych słów, albumem tak samo przełomowym, zaskakującym, a jednocześnie najbardziej dojrzałym w całej swojej karierze! Cztery lata, to niby stosunkowo niewiele, z drugiej strony jednak jak bardzo przez ten czas zmienił się nasz świat… i zmienił się też sam zespół. Airbag to dziś trio, które tworzą Asle Tostrup – wokal, keyboardy i programowanie, Bjorn Riis – gitary, keyboardy i chórki oraz Henrik Fossum – perkusja. Ale na płycie „A Day at the Beach” pojawia się również bardzo ważny gość – to basista Kristian Karl Huttgren, na co dzień związany z macierzystą grupą Wobbler. Jego wpływ na brzmienie całego albumu jest ogromny, a jego obecność w studio nie była zwykłym, kurtuazyjnym zaproszeniem starego dobrego znajomego, który miałby zaistnieć na krążku tylko czysto towarzysko.

„A Day at the Beach” zawiera sześć szczególnych utworów, nagranych jesienią i zimą, na przełomie 2019 i 2020 roku. Jak zapewniają sami muzycy, album jest wynikiem bardzo silnej współpracy między nimi. I choć „zostało ich tylko trzech”, ponieważ odeszło dwóch bardzo ważnych dotychczasowych członków zespołu (Jorgen Hagen i Anders Hovdan), to pozostała na posterunku trójka, była bardzo zdeterminowana, aby przemyśleć w jakim kierunku podążać, aby tworzyć muzykę dającą przede wszystkim poczucie rozwoju i poszukiwania nowych inspiracji. Wybór tego dźwiękowego drogowskazu przypadł na… odrodzoną elektronikę lat 80., elementy nowej fali, ilustracyjną muzykę filmową, przy jednoczesnym zachowaniu charakterystycznego stylu progresywnego rocka.

Album otwiera ponad 10-minutowa kompozycja „Machines And Men” - wybrana również jako pierwsza do promocji wydawnictwa. Zaczynająca się od delikatnego, pulsującego elektronicznego wstępu, powoli ewoluuje w stronę bardziej rokowych motywów. Słychać w niej ambientowe klimaty nasuwające skojarzenia z Archive, a kapitalna, dudniąca nad całością partia basu Hultgrena, po raz pierwszy przywodzi na myśl brzmienie spod znaku Petera Hooka z czasów New Order. Agresywne, wręcz industrialne niczym szlifierka, riffy gitary Riisa i emocjonalny wokal Tostrupa, powodują z czasem wrażenie, że ten utwór staje się niezwykle aktualnym krzykiem rozpaczy i niemocy zwykłego człowieka, próbującego żyć normalnie, w obecnych, trudnych i chorych niestety czasach:

„Here they come
Marching on
One by one
They'll be gone

With boots and guns
Shouting loud
Machines and men
They're heaven sent

Here they come
Marching on
One by one
They'll be gone

With boots and guns
Shouting loud
Machines and men
They're heaven sent

I wanna get out
I wanna be free
So come on now
And get me out

I wanna get out
I wanna be free
So come on now
And get me out
I wanna get out

Doesn't make you afraid
Or drive insane
You better run
Cause here they come

I wanna get out
I wanna be free
So come on now
And get me out

I wanna get out
I wanna be free
So come on now
And get me out

I wanna get out
I wanna get out”

„Machines And Men” to nie tylko prawdziwa energetyczna bomba, a wręcz muzyczny walec, wymarzony wstęp do albumu, który ma poruszyć i wstrząsnąć słuchaczem.

Następujący po nim, najkrótszy w zestawie, niespełna czterominutowy tytułowy utwór w pierwszej odsłonie „A Day At The Beach (part 1)” rozpoczynają dźwięki syntezatora imitujące morskie odgłosy oraz schowane w tle pianino. Z czasem pulsująca perkusja, głęboki bas i tym razem delikatna gitara tworzą przyjemny dźwiękowy krajobraz plaży, a kojący głos wokalisty na tle mew, delikatnie nucący: „Down on the beach. Floating around. You’re on the TV. You’re on my phone”… tworzy jeden z najbardziej nastrojowych utworów na tym albumie. Kiedy zamkniemy oczy i poddamy się dźwiękom, naprawdę możemy się poczuć jakbyśmy też tam byli… To niezwykła umiejętność, jaką potrafią szczycić się tylko Wielcy Artyści.

Numer 3 na płycie to kolejna ponad 10-minutowa kompozycja „Into The Unknown”. Cały jej nastrój budowany jest nieśpiesznie, za pomącą linii basu, bębnów i przecudnej urody syntezatorów, będących jakby żywą inspiracją zrodzoną z najlepszych dokonań Tangerine Dream. To wspaniały wręcz hołd dla tego zespołu. I ponownie pojawiają się ważne słowa, którymi raczy nas swoim cudownym głosem Asle: „Take me away from here. Take me away from this endless dream I’m facing… I don’t wanna go, into the unknown”… Ta obawa o brak pewności jutra, stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa, czegoś co powinno stanowić podstawę egzystencji każdego z nas, jest wyrażona tak wspaniale, a zarazem w bardzo prosty sposób, że nieomal przenosimy się w beztroskie czasy naszej młodości, dzieciństwa, kiedy cały otaczający nas świat był przyjazny i pełen naturalnego piękna, wymarzonego wręcz do odkrywania i stworzonego dla zachwytów. Schowana przez większą cześć utworu w tle gitara Bjorna pojawia w całej swojej krasie dopiero w okolicach siódmej minuty, oferując nam jedną z najpiękniejszych solówek na tej płycie. Uwielbiam kiedy dwa gatunki, w tym przypadku muzyka elektroniczna, przenika się wręcz perfekcyjnie z magicznym odcieniem rocka progresywnego, czego efektem jest powodujący dreszcze trans, z którego umysł nie chce wychodzić. Słychać go jeszcze długo po zakończeniu utworu, gdzieś w zakamarkach jaźni. Chapeau bas! Tak się wkracza do artystycznej elity.

„Sunsets” to kolejny popis maestrii umiejętności gry na basie Kristiana Karla Hultgrena. Te zaledwie cztery struny, które w twórczości wielu zespołów są przecież często niedoceniane, budują cały nastrój nowych utworów Airbag, są krwiobiegiem, sercem, a nawet czasem mózgiem całego misternie zbudowanego muzycznego organizmu. Ta zaczynająca się niczym próba perkusisty kompozycja opowiada o wygodnej rutynie w jaką wpadamy, żyjąc i wykonując codziennie te same czynności, nie dostrzegając, że każdego dnia wschód i zachód słońca odmierza nam nieubłaganie licznik dni… Riis pokazuje tu swoje bardziej drapieżne oblicze, jego gitara wręcz krzyczy, żeby obudzić nas z tego marazmu i postarać się coś zmienić i żyć pełną piersią, czasami zwariować, zaszaleć, niczym pełne energii dziecko. Przecież w każdym z nas podobno „ten mały łobuz” mieszka do samej starości… Warto o tym pamiętać, ponieważ „the sun sets on everyone”.

Druga odsłona tytułowej kompozycji „A Day at the Beach” (part 2) rozpoczyna się zapętlonym elektronicznym dźwiękiem imitującym sygnał ostrzegawczy jakiegoś urządzenia, a może pulsującą w oddali latarnię morską. Byłby ten odgłos zapewne nie do wytrzymania, gdyby nie pojawiający się akcent bicia serca i tembr niesamowitych klawiszy oraz ponownie schowanej w tle gitary i perkusji, pomagających przetrwać czas alarmu. Ten instrumentalny utwór jest niczym filmowy soundtrack, w którym nasza wyobraźnia może pełnić rolę scenarzysty i reżysera. Przed czym ostrzega nas ta syrena alarmowa ? Do jakiego portu każe zawitać lub zawracać pulsujące światło latarni? Zależy to od każdego z nas, podejmujących swoje codzienne decyzje. Może będą one łatwiejsze, jeśli zatopimy się odpowiednio głęboko w te prawie transowe, trip-tropowe dźwięki niczym z płyt Massive Attack.

I tak oto dochodzimy do wielkiego finału w postaci trwającego blisko 10 minut dzieła „Megalomaniac”. Nie przez przypadek piszę o tej kompozycji „dzieło”, gdyż to co się tu dzieje szczerze na to zasługuje. Zespół powraca w nim do swojej charakterystycznej, rozpoznawalnej już struktury zaczynającej się od subtelnego i stonowanego, w jakimś stopniu powtarzalnego i niesamowicie pięknego brzmienia, przechodzącego poprzez szeroką paletę rockowych riffów do gitarowej, indywidualnej maestrii najwyższej próby. To jedna z najwspanialszych i najbardziej skomplikowanych solówek w wykonaniu Mistrza Bjorna Riisa. Technicznie perfekcyjna, mogąca z łatwością konkurować z takimi wielkimi wzorcami jak „Sorrow” czy „Comfortably Numb” Floydów. Ewidentny wpływ tego wielkiego zespołu jest też słyszalny w grze Bjorna w poprzednim utworze, mimo, że przechodząc długą i żmudną drogę Airbag wypracował już swoje własne, rozpoznawalne brzmienie, zasługujące na najwyższy szacunek.

W „Megalomaniac” zawiera się absolutnie wszystko, co charakteryzuje klasykę gatunku. Gitara w końcowej fazie wydaje się być szlifowana przez Riisa wręcz do czerwoności. A przejmujący, kapitalny wokal Tostrupa ponownie wyśpiewuje słowa ważne i zachęcające, a wręcz zmuszające wrażliwego słuchacza do kontemplacji: „You always get what you want. Always get what you need. More than anyone. You, with your suit and tie, and your firm hand shake. We’re the best of friends”…

„A Day At The Beach” to świetny album. To najbardziej dojrzałe dzieło Norwegów. Pomimo, że dzisiejszy zespół to już tylko trio, muzycy osiągają tą płytą zupełnie inny, jeszcze wyższy poziom artystyczny, dzięki któremu mogą w nowy i przejmujący sposób opowiadać nam swoje przepiękne i ważne historie. Styl Airbag jeszcze nigdy nie był tak wyrafinowany i pełny emocji. Dodając do tego perfekcyjną produkcję, za którą odpowiedzialny jest wieloletni współpracownik i inżynier dźwięku Vegard Sleipnes, wspierany przez Jacoba Holma-Lupo (mastering), mamy do czynienia z jedną z najważniejszych płyt tego roku, o czym już teraz jestem całkowicie przekonany.

Na koniec chciałbym na chwilę zatrzymać się przy niezwykle sugestywnej i wręcz porażającej swoją symboliką, genialnej okładce. Została ona, jak to bywało również wcześniej, zaprojektowana przez wokalistę zespołu Asle Tostrupa. Wpatrując się w nią od kilkunastu dni, uwzględniając też ideę jaka przyświecała zespołowi, który podkreśla, że opowiadana na nowym albumie historia jest widziana z perspektywy męża, ojca, brata, pozostawiających rodzinę w nieznanej przyszłości, zastanawiam się mocno nad jej inspiracją. Co w wyniku tego kontrastu między jednostką desperacko walczącą o przetrwanie, a ludźmi u władzy, obserwującymi to wszystko z bezpiecznej odległości, stało się z beztroskim dzieciństwem pozostawionych synów i córek? Czym stała się kojąca wszelki strach dziecka pluszowa maskotka, skoro dziś ma ona wbitą głowę w piasek na plaży? I to wcale nie jedna, a w ilości, która z daleka przypomina wręcz militarne zasieki… Czy to nie jest ta okrutna i tragiczna plaża w popularnym tureckim kurorcie Bodrum, na którą morze wyrzuciło ciało trzyletniego chłopczyka – Syryjczyka Ayana Kurdi, z przerażającego zdjęcia, które zszokowało świat w 2015 roku? A może zabawki te symbolizują wstyd dzieci, które poznając taki świat dorosłych, w takiej postaci wcale nie chcą go widzieć? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Wam, a obraz uderzający w nas ostrym przekazem z okładki albumu "A Day at the Beach", do własnej interpretacji, najlepiej po dokładnym przesłuchaniu całej tej niezwykłej płyty… Czy będzie to jeden z pretendentów do albumu roku? Całkiem niewykluczone i wielce prawdopodobne...

Płyta ukazuje się 19 czerwca, nakładem wytwórni Karisma Records.

MLWZ album na 15-lecie