Fatal Fusion - Dissonant Minds

Tomasz Dudkowski, Fatal Fusion - Dissonant Minds

Istniejąca od 2008 roku norweska grupa Fatal Fusion powraca ze swoim czwartym studyjnym albumem. Następca dobrze przyjętego „Total Absence” ukazuje się po czteroletniej przerwie i po raz pierwszy w karierze zespołu został wydany przez wytwórnię Apollon Records.

Dla osób znających wcześniejsze dokonania Norwegów zawartość nowego krążka nie powinna być zaskoczeniem. No, może poza jego długością – trwa niewiele ponad 43 minuty czyniąc „Dissonant Minds” najkrótszym wydawnictwem w ich dyskografii. Zawiera cztery utwory – dwa dłuższe, kilkunastominutowe rozpoczynające i kończące album oraz dwa krótsze w środku. Taki zabieg pozwolił zmieścić zawartość na dwóch stronach winylu.

Na początek dostajemy ponad 14-minutowy „Coming Forth By Day”, który ucieszy każdego miłośnika dobrego starego rocka progresywnego zakorzenionego w latach 70. ubiegłego wieku. Mamy mnóstwo zmian klimatu – od hardrockowego początku i niektórych fragmentów w środku, przez balladowe wstawki (mi osobiście kojarzące się z „Sometimes I Feel Like Screaming” Deep Purple). Przytłacza brzmieniem Hammondów, by po chwili dać wytchnienie za sprawą partii fletu. Gitara raz gra wyśmienite riffy, przepiękne klasyczne solówki, by za chwilę oczarować orientalnym klimatem. Te ostatnie nie są niczym nowym w muzyce Fatal Fusion. Utwór został zainspirowany egipską „Księgą umarłych”, w której niewolnik Anu podróżuje do królestwa umarłych, mając nadzieję na życie wieczne będące nagrodą obiecaną przez kapłanów za ciężką pracę za życia. Mijają wieki czy nawet tysiąclecia, a mamienie ludzi pośmiertnym szczęściem w zamian za ciężką pracę i poświęcenie dla rządzących (duchownych czy świeckich) nadal jest aktualne.

Teraz pora na utwór krótszy, „zaledwie” 8-minutowy „Quo Vadimus”, czyli dokąd zmierzamy, a konkretniej dokąd zmierza rasa ludzka jako gatunek. Zaczyna się od połamanego rytmu wybijanego na perkusji, któremu towarzyszy ostry gitarowy riff, potem przechodzi w funk za sprawą partii basu, by w końcu zmienić się w klasyczny blues podkreślony mocno zachrypniętą barwą głosu Knuta Erika Grøntvedta. Przyznaję, że nie jestem fanem tej jego maniery. Wolę gdy śpiewa bardziej czysto. Jednak w tym utworze ma to swoje uzasadnienie tak samo jak niebanalne popisy wszystkich instrumentalistów, które nie przytłaczają, a tylko podkreślają niezbyt optymistyczną treść... Na uwagę zasługuje partia fletu w środkowej części, która wprowadza lekko psychodeliczny klimat, czy też solo na organach. Naprawdę dużo w stosunkowo krótkim czasie się tu dzieje.

Było 14 minut, było 8, a teraz czas na najkrótszy 4 i półminutowy instrumentalny „Beneath The Skydome”. Najbardziej wyciszony fragment płyty mogący początkowo kojarzyć się z floydowskim „Us & Them”, by w drugiej części zmienić się w... bolero.

W ten oto sposób docieramy do wieńczącego płytę, najciekawszego, ponad 17–minutowego „Broken Man pt 2”. Pierwsza część tego utworu znalazła się na debiutanckiej płycie „Land Of The Sun”. Część druga kontynuuje historię człowieka, który został skazany i powieszony za morderstwo, którego nie popełnił. W tej odsłonie staje się gorzkim duchem, który chce zemsty i wreszcie doznać ulgi od strasznej legendy. Muzycznie też nawiązuje do pierwowzoru. Ponownie słyszymy bicie dzwonu i akustyczną gitarę tak, jak w pierwszej części. Tym razem rozpoczynają one utwór na tle odgłosów padającego deszczu. Mamy też motyw gitarowy znany z debiutu. A ponadto – jest tu miejsce i dla hardrockowych riffów czerpiących garściami z klasyków gatunku, dla melodyjnych solówek na gitarze, groźnych partii Hammondów i kosmicznych klawiszy czy też delikatnych dźwięków fortepianu. Wszystko to na tle wspaniale pracującej sekcji rytmicznej. Pozostaje jeszcze wokal. Grøntvedt, choć nie rezygnuje ze swojej brudnej maniery, tym razem nie podkreśla jej tak bardzo jak w „Beneath The Skydome”. Pozwala sobie też na pokazanie bardziej lirycznej strony swego głosu. W pamięć zapada fragment z lekko przetworzonym śpiewem na tle niepokojących dźwięków organów oraz „kashmirowego” riffu, czy powracający w kilku miejscach melodyjny refren.

Utwór spina klamrą dziesięciolecie aktywności wydawniczej Fatal Fusion. Co warte podkreślenia – wszystkie albumy zostały nagrane przez ten sam zestaw muzyków: Knut Erik Grøntvedt – wokal, Erlend Engebretsen – instrumenty klawiszowe, Stig Selnes – gitary, Lasse Lie – bas i Audun Engebretsen – perkusja. Ta stabilność składu owocuje niesamowitym zgraniem. Brak tu jakejkolwiek zbędnej nuty. W nagraniach grupie towarzyszyli Kjetil Saltnes na gitarach i klawiszach oraz flecistka Astraea Antal (ex- Gentle Knife).

Tytuł „Dissonant Minds” odnosi się do globalnego sporu, w którym różne ideologie i programy rywalizują o pozycję i wpływy. Znajduje to odzwierciedlenie w okładce (autorstwa byłego menadżera zespołu - JT), w której oddzielne kolumny walczą o najwyższą pozycję.

Jak napisałem na wstępie, album ten nie jest zaskoczeniem. Nadal mamy do czynienia z rockową muzyką łączącą oldschoolowe brzmienia z nowoczesną produkcją. Całość brzmi naprawdę świetnie. Do tej pory przy opisywaniu nowej płyty Norwegów zazwyczaj dopisywano „najlepsza w karierze”. Czy ta omawiana zasługuje na to miano? Trudno to ocenić, ale na pewno fani grupy oraz miłośnicy klasycznego prog rocka z lat 70. nie będą tym albumem zawiedzeni.

MLWZ album na 15-lecie