Mattias Ohlsson Project - Illumination

Artur Chachlowski, Mattias Ohlsson Project - Illumination

Wygląda na to, że nie będzie już nowych płyt wydawanych pod szyldem Octavarium (pamiętacie omawiane na naszych łamach albumy „Dystopia” i „Origin””). Pochodzący z Malmö artysta Mattias Ohlsson, aby podkreślić fakt, że swoją działalność prowadzi jednoosobowo, postanowił niedawno zmienić szyld, którym firmuje swoje kolejne wydawnictwa. Nie ma już więc Octavarium. Teraz jest Mattias Ohlsson Project

I jest też nowa płyta zatytułowana „Illumination”. Jest ona zapowiedzią pewnej zmiany stylistycznej. Daje się na niej zauważyć odejście od wcześniejszego, bardziej melodyjno-symfonicznego stylu oraz zdecydowane przeniesienie muzyki w zdecydowanie cięższe rejony. „Illumination” to progmetalowy album koncepcyjny, opowiadający o człowieku popadającym w szaleństwo i zmagającym się ze swoimi demonami. W finale opowieści główny bohater odzyskuje jasność stanu swojego umysłu i wreszcie staje się wolny od cierpienia. Zanim jednak dotrzemy do tego momentu musimy wysłuchać całości tej dość mrocznej opowieści.

„Illumination” to 12-utworowa, trwająca 67 minut epicka podróż obejmująca ciężkie (chwilami nawet bardzo ciężkie) riffy, melodyjne refreny oraz pewne sekcje ambientu. O ile wcześniejsze produkcje Ohlssona mogły kojarzyć się z twórczością Dream Theater, to gdy teraz słucham „Illumination”, to wydaje mi się, że słyszę Periphery, Devina Townsenda i Haken. Teraz Ohlsson nie bierze już jeńców, gra i śpiewa w bardziej brawurowy sposób (wykorzystując też technikę growlingu), buduje poszczególne kompozycje wokół drapieżnych djentowych riffów, ciężkich pociągnięć gitar i dudniącego basu, a także soczystej perkusji (bębny są zaprogramowane przez Ohlssona, ale ponieważ sam jest on perkusistą, wyraźnie słychać, że mocno starał się, aby ich dźwięk wydawał się jak najbardziej żywy).

Punktem wyjścia tej płyty jest dwuminutowe intro „The Long Dark Night” oparte na syntezatorowych plamach i rozmazanym wokalu. Gęsty klimat wprowadza odbiorcę w to, co zaraz ma nastąpić i z tego niepozornego tematu wyłania się w pierwszy prawdziwy utwór na tej płycie – „Inferno Within”. Podwójna stopa perkusji, głośne riffy i pulsująca elektronika. Mocna metalowa jazda na całego. Rozpoczyna się mroczna, osadzona w ciężkim prog metalu muzyczna podróż, pełna wzlotów i upadków, muzycznych zakrętów i niespodziewanych meandrów, raz po raz przepełniona orkiestrowym rozmachem, raz kaskadą głosów z interkomu, dzwonkami telefonów i pełna innych pozamuzycznych, umiejętnie wplecionych przez Ohlssona, efektów sonicznych. No i jego głosu: czystego, mocnego i melodyjnego. Jest naprawdę ciężko, jest głośno, a z obu kolumn dociera do uszu słuchacza lawina oszałamiających dźwięków. I nieważne czy mamy do czynienia z rozpasanymi długasami, jak „Unforgiven” czy z zamykającą płytę kompozycją tytułową (prawie 15 minut muzyki!), czy też z krótszymi i zgrabnymi nagraniami („Glow”, „Innocent Lost”), czy singlowym „Omniscient”, czy też do bólu brutalnym fragmentem „Well Of Madness” czy też z kilkoma miniaturkami pełniącymi rolę swoistych interludiów („Introspection”, „Introversion”, „Aversion”) – w każdym przypadku muzyka Projektu Mattiasa Ohlssona brzmi przekonywująco, dynamicznie i… głośno. A przy tym nowatorsko i odważnie, świadcząc przy tym, że artysta otwiera właśnie nowy rozdział swojej twórczości.

Jedno co się nie zmieniło, i jest to miarą wielkiego talentu tego szwedzkiego muzyka, to nieustająca łatwość w utrzymywaniu uwagi odbiorcy podczas słuchania długich i mocno pokręconych figur rytmicznych. Słychać, że w ten album włożono maksymalny wysiłek kompozycyjny, wykonawczy i produkcyjny.

Dlatego na koniec uwaga podsumowująca: po kilkukrotnym przesłuchaniu tej płyty (choć przyznam, że na początku nie było mi łatwo przedrzeć się przez całość od pierwszej do ostatniej minuty) muszę stwierdzić, że „Illumination” to album w sumie dość progresywny (rozumiejąc to słowo w ujęciu stricte semantycznym). Naprawdę nie wszystko jest na nim ostre, głośne, hałaśliwe i brutalne, a przede wszystkim słychać na nim liczne echa pewnych klasycznych momentów znanych z wcześniejszych płyt Octavarium. Zachęcam więc wszystkich, którzy, jak ja, lubią stylistykę, po której porusza się Mattias Ohlsson, do zapoznania się z jego najnowszą muzyką. Na początku może nie być łatwo, ale w sumie satysfakcja i jakość muzycznych wrażeń – gwarantowane!                      

MLWZ album na 15-lecie