D Project

Minasian, David - The Sound Of Dreams

Artur Chachlowski, Minasian, David - The Sound Of Dreams

Kiedy równo 10 lat temu recenzowałem pierwszą płytę Davida Minasiana pt. „Random Acts Of Beauty” nie wierzyłem, że będzie jej kontynuacja. Nie dlatego, że było to wydawnictwo nieudane, ale w gruncie rzeczy uznałem je za dość przewidywalne. Pisałem tak: Co z tego, że nie znając poszczególnych kompozycji można z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem przewidywać, że akurat w danej chwili nastąpi gitarowe solo, po którym odezwie się orkiestra, a wszystko to osadzone będzie w pastelowej, dźwiękowej plamie zagranej na moogu? Poza tym David Minasian nie wydawał się w ogóle człowiekiem „z branży”. Słynął raczej jako producent i reżyser filmów koncertowych, a album „Random Acts Of Beauty” wydawał się jego jednorazowym „skokiem w bok”. Myślałem wtedy się, że zapamiętamy to wydawnictwo głównie za sprawą gościnnego występu powracającego wtedy do czynnego życia zawodowego po długiej chorobie lidera grupy Camel, Andy Latimera, który wykonał smakowite gitarowe solo w nagraniu tytułowym. Dziś muszę jednak przyznać, że „Random Acts Of Beauty” to bardzo ważna płyta. Nie tylko dlatego, że zagrał na niej Latimer. Głównie z tego powodu, że tak mocno zakotwiczona była ona w artrockowych klimatach lat 70. i w przemyślany sposób sięgała po najlepsze wzorce z klasyki tego gatunku.

Dziś to samo mogę powiedzieć o drugiej, wydanej dosłownie przed kilkoma dniami, płycie Minasiana zatytułowanej „The Sound Of Dreams”. Lista zaproszonych i występujących na niej gości jest jeszcze bardziej imponująca. Znaleźć można na niej takie nazwiska, jak gitarzysta Genesis, Steve Hackett, wokalistka Renaissance, Annie Haslam, basista Yes Billy Sherwood, aktualny wokalista zespołu Alana Parsonsa, PJ Olsson, założyciel grupy Pentagram, Geof O'Keefe, koncertowa wokalistka The Moody Blues, Julie Ragins, oraz główny wokalista tej grupy, dawno niesłyszany, Justin Hayward.

I właśnie od zaśpiewanej przez Haywarda pieśni „The Wind Of Heaven (Prologue)” rozpoczyna się omawiane przez nas dzisiaj wydawnictwo. Ten utwór to muzyczna rakieta, ba! prawdziwa petarda, choć utrzymany jest w lirycznym, balladowym i typowym dla wokalnej ekspresji Haywarda, cukierkowej atmosferze. Ale podkreślam, to początek jaki sobie można wymarzyć. Zresztą dwa kolejne tematy, zaśpiewany przez Minasiana „All In” oraz instrumental „Faith Hope Love” kontynuują ten nastrój i definiują po jakich klimatach będziemy się na tej płycie obracali. A królują tu majestatyczne melodie, bogate brzmienie syntezatorów stanowiących tło pod strzeliste gitarowe solówki (świetna robota syna Davida Minasiana, Justina, który raz za razem wykonuje takie gitarowe partie, że aż ciarki przechodzą po plecach) oraz dyskretna praca sekcji rytmicznej. I wszystko to zawieszone jest w pastelowej atmosferze pełnej przewspaniałych brzmień i dźwięków.

Mamy na tym albumie bardzo efektowną trzyczęściową kompozycję tytułową (łącznie prawie 11 minut!). Tu w głównej wokalnej roli pojawia się Annie Haslam, za gitarę chwyta Steve Hackett, na basie pogrywa Billy Sherwood. Jak mówi David: „To są moi bohaterowie, na których muzyce się wychowałem. Wspólne komponowanie i nagrywanie z nimi było dla mnie prawdziwym spełnieniem marzeń. Dlatego tytuł albumu nie mógłby być bardziej adekwatny - bo tak właśnie brzmią spełniające się marzenia”. Zresztą warto zauważyć, że ta trzyczęściowa całość stylistycznie brzmi jakby żywcem wyjęta była ze starych albumów zespołu Renaissance.

Im dalej w las, im dłużej trwa ta płyta (posiada ona, jak na dzisiejsze czasy, gigantyczne rozmiary: aż 75 minut!), tym bardziej – choć wydaje się to nieprawdopodobne – wydaje się, że napięcie narasta, a kolejne kompozycje stają się coraz piękniejsze. Wspaniale brzmi zaśpiewana przez Minasiana kolejna ballada „Road To Nothingness”, dostojny wokal Julie Ragins lśni w chyba najbardziej piosenkowo brzmiącym w tym zestawie nagraniu „Room With The Dark Corners” (choć, prawdę powiedziawszy, gdybym musiał usunąć tylko jedną spośród dwunastu wypełniających ten album kompozycji, to pewnie nie zadrżałaby mi ręka i zrezygnował z tych właśnie sześciu minut), przepięknie wypada liryczny, brzmiący niczym kołysanka, temat „Hold Back The Rain” (znowu wokalnie prezentuje się w nim nasz bohater)… A przecież jest jeszcze autentycznie piękna, klimatyczna, mieniąca się wszystkimi kolorami tęczy (od akustycznych po niemal heavymetalowe dźwięki), trwająca blisko kwadrans urokliwa kompozycja „Twin Flames At Twilight”, nutka nostalgii budzi się w zaśpiewanym przez PJ Olssona i wybranym na singla utworze „So Far From Home”, by wreszcie strumień wybornej muzyki, jaką David Minasian przygotował na swój nowy album, znalazł ujście w fantastycznym i monumentalnym finale pt. „The Wind Of Heaven (Epilogue)”, w którym znowu powraca śpiewający śliczne melodie głos Annie Haslam. Jeszcze tylko powiew wiatru, mroczny klimat i oddalająca się konnica… To przepiękne zakończenie tej przepięknej płyty.

„The Sound Of Dreams” to album intensywnie melodyjny, atmosferyczny, emocjonalny i podnoszący na duchu. To, co zademonstrował na nim David Minasian i spółka, jest niczym innym jak nowoczesnym symfoniczno-rockowym arcydziełem nawiązującym do najlepszych tradycji gatunku. Arcydziełem, które potrafi poruszyć umysł, serce, a przede wszystkim duszę każdego wrażliwego słuchacza.

MLWZ album na 15-lecie