Pineapple Thief, The - Versions Of The Truth

Przemysław Stochmal, Pineapple Thief, The - Versions Of The Truth

Są wśród reprezentantów pierwszej ligi współczesnego rocka progresywnego czy art-rocka wykonawcy, którzy płyta za płytą zdumiewają przewidywalnością i stylistyczną hermetycznością. Część z nich w ostatnim czasie opublikowała swoje najnowsze propozycje – w tej grupie znalazł się zespół The Pineapple Thief z wydanym na początku września albumem „Versions Of The Truth”.

Trudno wymagać od Bruce’a Soorda takiej artystycznej otwartości, jaką posiadł choćby napędzany rozmaitymi inspiracjami Steven Wilson, jednak przy tak niewątpliwie utalentowanym frontmanie, solidnym kompozytorze i wyśmienitym aranżerze, można by oczekiwać po prowadzonej przezeń marce znacznie więcej. „Versions of The Truth” jawi się jako kolejna wersja tej samej muzycznej prawdy Soorda i jego formacji. To materiał skonstruowany w skrupulatnej kompozycji, jak zwykle poddany niebywale kreatywnej, drobiazgowej aranżacji – co od lat stanowi znakomitą zaletę tak albumów zespołu, jak i solowych propozycji jego lidera. Jest to jednak muzyka krążąca wciąż wokół własnej osi, z jakichś niewiadomych powodów nie mogąca choćby na jotę wydostać się z pewnego błędnego koła, które kręci się nawet dłużej, aniżeli od czasu pojawiania się w grupie doskonałego Gavina Harrisona na płycie „Your Wilderness”.

Tradycyjnie, jak to bywa w takich przypadkach, dla jednych kurczowe przywiązanie do stylu, a co chyba jeszcze bardziej znamienne - do specyficznego nastroju, będzie zarzutem, dla innych zaś gwarantem pewnego odbiorczego bezpieczeństwa. Kto wie, czy nie o to chodzi Soordowi, nie zawsze jednak w swoim hermetycznym świecie klimatów i środków ekspresji był on w stanie przemówić głosem, który mógłby nie nudzić. Poprzedni album „Dissolution” w moim przekonaniu był dowodem na to, że nie za każdym razem kręcenie się w kółko jest w stanie być słuchalne – powstał album z wieloma mieliznami, jako całość zwyczajnie nużący. Przypadek „Versions Of The Truth” na szczęście stara się unikać błędów poprzednika, bo choć nie raz powieki przy jego odbiorze płyty mogą opaść, to znaleźć tu można całkiem sporo dobrego.

Od samego początku, utwór po utworze, charakterystyczna melancholia układa się z gitarową i Harrisonowską dynamiką w kombinacje ciekawe, przekonujące i przede wszystkim wpadające w ucho, dopiero pod koniec programu płyty napięcie wyraźnie opada. Na ogół jednak proporcje tym razem wyważono tak, aby tych energetycznych momentów było więcej. Być może tutaj tkwi siła tej płyty, albo również i w fakcie, że średnia czasu trwania utworów jest tu wyraźnie krótsza.

W tym wypadku dobrze znany przepis dał efekt całkiem solidny. Wąskie spektrum rozwiązań udało się poukładać w sposób gwarantujący całkiem przyjemny odbiór. Nie sądzę jednak, aby tak sfokusowany sposób na prowadzenie kariery Soordowi i jego kompanom zawsze mógł uchodzić na sucho. Z udanego materiału wypełniającego „Versions Of The Truth” wypada się cieszyć, podobnie jak wypada od tak aktywnego zespołu oczekiwać w przyszłości więcej elastyczności i artystycznej odwagi.

MLWZ album na 15-lecie
On Air