Morse, Neal - Jesus Christ The Exorcist-Live At Morsefest 2018

Artur Chachlowski, Morse, Neal - Jesus Christ The Exorcist-Live At Morsefest 2018

Niezmordowany Neal Morse powraca ze swoim nowym setem koncertowym pt. „Jesus Christ The Exorcist (Live At Morsefest 2018)”. Jak sugeruje tytuł, ten nowy album CD (oraz - a jakże! - DVD i Blu-ray) został zarejestrowany na dorocznym festiwalu Morsefest w 2018 roku, podczas którego Neal i towarzyszący mu artyści wykonali w całości program albumu „Jesus Christ The Exorcist”, notabene na około pół roku przed jego oficjalną sklepową premierą. O studyjnej edycji płyty „Jesus Christ The Exorcist”, o jej religijnym kontekście i o długiej drodze do jej wydania pisaliśmy w naszej małoleksykonowej recenzji, którą można znaleźć pod tym linkiem.

Jak pamiętamy, album przedstawia artystyczną wizję dotyczącą życia Chrystusa włożoną w ramy progrockowego musicalu. Chyba po raz pierwszy w przypadku swoich solowych przedsięwzięć Morse pozostał nieco w cieniu, zachowując dla siebie raczej rolę dyrektora muzycznego (a także gitarzysty i keyboardzisty oraz odtwórcy trzech pomniejszych ról (Piłata, Demona oraz Ucznia)), a nie głównego wykonawcy. W zespole towarzyszącym mu na scenie znaleźć można oczywiście jego stałych współpracowników (zwycięskiego składu się nie zmienia!), jak Bill Hubauer, Randy George i Eric Gillette (to gitarzysta, który dla potrzeb tego projektu zasiadł za zestawem perkusyjnym!). Obowiązki gitarzysty przejął Paul Bielatowicz, a oprócz rockowych instrumentów mamy tu jeszcze prawdziwą orkiestrę: sekcję waltorniową, duży chór, chórki oraz kwartet smyczkowy. Inscenizacja i oświetlenie są imponujące, a wizualizacja i projekcje autorstwa Christiana Riosa oraz dźwięk zrealizowany przez Jerry'ego Guidroza (Sons of Apollo, Neal Morse Band, Haken) robią różnicę w stosunku do studyjnej wersji.

Główną rolę Jezusa Chrystusa odtwarza Ted Leonard z grupy Enchant (a także z zespołu Spock’s Beard, z którego wywodzi się autor całego przedsięwzięcia). Ten wybór to prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo to jeden z najlepszych głosów w amerykańskim rocku, co zresztą udowodnił w trakcie niniejszego koncertu. Leonardowi towarzyszy plejada wspaniałych wokalistów, wśród których można znaleźć samych dobrych znajomych, m.in.: Nicka D'Virgilio (Spock’s Beard, Big Big Train), Jake’a Livgrena (Protokaw), Matta Smitha (Theocracy), Johna Schlitta (Petra), Ricka Floriana (White Heart), Julie Harrison, Marka Pogue i syna Neala, Wila Morse’a. Jednak osobą, która wszystkim im skradła show, jest debiutująca w tak dużym scenicznym przedsięwzięciu, Talon David, która wcieliła się w rolę Marii Magdaleny. Ma ona nieprzeciętny i unikatowy głos i wie jak go używać, co – jak to widać w ruchomych obrazkach zarejestrowanych podczas tego występu – u niejednego widza wywołało łezkę wzruszenia, jak choćby podczas finałowego duetu „The Greatest Love Of All” zaśpiewanego z Tedem Leonardem. Innymi punktami kulminacyjnymi, na które warto zwrócić uwagę, są piosenki w trakcie których Morse i spółka przedstawiają porywające zabawy wielopiętrowymi harmonicznymi głosami z wyraźnymi wpływami grupy Gentle Giant, kiedy to wielu wokalistów śpiewa jednocześnie różne melodie bezbłędnie rozpisane na wielogłosy. Takie popisy to prawdziwy konik Neala Morse’a i, jak pamiętam, po podobne rozwiązania sięga on począwszy od swojej pierwszej oficjalnej płyty nagranej ćwierć wieku temu jeszcze z grupą Spock’s Beard.

Potężne, pełne rozmachu aranżacje, porywające wykonania, epicki rozmach, sceniczny profesjonalizm i ani jednej fałszywej nuty, ani jednej wpadki, a poziom wykonawczy najwyższy, jaki można sobie wyobrazić i wymarzyć. Nie sposób nie być pod wrażeniem tego spektaklu. Na tę bezbłędnie funkcjonującą sceniczną machinę złożyło się wiele elementów. Mocne kompozycje to pierwsza sprawa. Bezbłędne rozpisanie ról i doborowa obsada – to zaleta numer dwa. Najwyższy poziom wykonawców (zarówno wokalistów, jak i instrumentalistów) – to trzy. Lecz to, co Neal Morse ze swoimi współpracownikami wyprodukował przy stosunkowo niewielkim budżecie, mocno ograniczonym czasie i przy niewielu próbach, jest po prostu zadziwiające. Taka muzyka i tego rodzaju sceniczne przedstawienia są prawdziwą solą epickiego prog rocka i jestem pewien, że niniejsze wydawnictwo z pewnością zachwyci każdego fana twórczości Neala Morse'a.

MLWZ album na 15-lecie