Findlay, Heather - Live White Horses

Artur Chachlowski, Findlay, Heather - Live White Horses

Tuż zanim zaczęły się problemy z koncertami związane pandemią koronowirusa, Heather Findlay wraz z towarzyszącym jej zespołem zdążyła odbyć trasę „Wild White Horses” po Wielkiej Brytanii, co zostało właśnie udokumentowane dwupłytowym wydawnictwem „Live White Horses”.

Tytuł albumu nawiązuje do wydanej latem 2019 roku płyty „Wild Horses”, na której była wokalistka Mostly Autumn zdefiniowała własną wizję artystyczną i nowy pomysł na swoją karierę. Stylistycznie daje się zaobserwować zdecydowane odejście od progresywnego rocka w kierunku muzyki środka. Solowy repertuar Heather to dojrzały rock oparty na gitarowych brzmieniach. Duża w tym zasługa duetu gitarzystów Martin Ledger – Simon Snaize, których gra napędza poszczególne kompozycje Heaher. Panowie czynią to jednak trochę inaczej niż robił to Bryan Josh z Mostly Autumn, z którym Heather stanowiła przed laty zgrany duet kompozytorsko-wykonawczy. Nie słyszymy więc tu długich, ilustracyjnych solówek, a muzyka oparta jest na riffowaniu.

Zasadniczy program koncertów wypełnia dysk nr 1 wydawnictwa „Live White Horses”. Zawiera on blisko 80 minut muzyki i dobrze oddaje atmosferę występów na żywo. Heather w otoczeniu świetnych muzyków i w towarzystwie kilkuosobowego żeńskiego chórku czuje się na scenie jak ryba w wodzie, jest w rewelacyjnej formie wokalnej, swoim szlachetnym głosem wynosi swoje piosenki na wysoki poziom, a w przerwach pomiędzy utworami zabawia publiczność krótkimi anegdotkami. Przez cały czas panuje ciepła, intymna, niemal rodzinna atmosfera. Bliski kontakt i wzajemny przepływ energii: od świadomej swojej klasy artystki do wiernej publiczności i od oddanych fanów dla ich gwiazdy rocka. Tak, bo Heather na koncercie tym urasta do rangi prawdziwej gwiazdy. Utwory, które wykonuje są ładne („Firefly”), a nawet wspaniałe ("Forget The Rain"), jednak odnoszę wrażenie, że czasem są też trochę zachowawcze. Gdybym miał w najprostszy sposób zdefiniować styl, po którym porusza się teraz Heather, to jest to w zasadzie taki gitarowy rock z nutką pop music ubrany w ciepłe hardrockowe szaty, a nawet country („Here’s To You”), od czasu do czasu sympatycznie ozdobiony melancholijnym fortepianem czy harmonicznym śpiewem. Czasem pojawiają się elementy psychodeliczne („Face In The Sun”). Takie smaczki stanowią wprawdzie rzadkość, lecz niemniej kolejne piosenki Heather w dynamicznym koncertowym ciągu prezentują się naprawdę ciekawie.

Drugi dysk albumu „Live White Horses” jest zbiorem nagrań z różnych sesji nagranych na żywo, często w ujęciu unplugged oraz acoustic, bootlegów i nagrań radiowych, domowych sesji często z niespodziankami takimi jak na przykład zaczerpnięcie motywów z „When The Levee Breaks” z repertuaru pewnej słynnej grupy i wplecenie ich do utworu „Gold Dust Woman”. Inną ciekawostką jest też całkowicie premierowe nagranie „Solitaire”, które zamyka program drugiego krążka.

Wygląda na to, że Heaher Findlay coraz pewniej kroczy własną stylistyczną ścieżką. Co przyniesie przyszłość?...

MLWZ album na 15-lecie