Wilson, Steven - The Future Bites

Przemysław Stochmal, Wilson, Steven - The Future Bites

Istnieje wiele powodów, dla których najnowszy album Stevena Wilsona „The Future Bites” pozostanie w jego dyskografii pozycją wyjątkową. Dzień jego premiery ograniczenia pandemiczne odwlekły w czasie aż o siedem miesięcy, w połowie ubiegłego roku nie było bowiem odpowiednich warunków do dopięcia całości audiowizualnej promocji. Ta zresztą sama w sobie okazała się wyjątkowa, jako że po części stanowiła swego rodzaju postmodernistyczny projekt, zacierający granicę pomiędzy tym, co artysta ma do powiedzenia w swoich piosenkach a rzeczywistymi aspektami kultury konsumpcjonizmu. Dotykając współczesnego problemu kryzysu tożsamości wpisanego w ideologię „kupuj/sprzedawaj”, fikcyjnie oferowane w internetowej sprzedaży mniej lub bardziej absurdalne fanty Wilson wrzucił do tego samego worka, co różne wydania własnej płyty. Co więcej, okoliczności powstawania i publikacji albumu zbiegły się z założeniem przez Stevena rodziny, która po raz pierwszy dzielnie wtóruje mu w promocji wydawnictwa. A żeby jeszcze podbić stawkę niezwykłości „The Future Bites”, warto zwrócić uwagę na fakt, że tak krótkiego, bo niespełna czterdziestodwuminutowego longplaya Wilson pod swoim nazwiskiem nie wypuścił jeszcze nigdy…

Jednak najważniejszym i rozpalającym najzagorzalsze dyskusje wśród odbiorców powodem wyjątkowości albumu jest to, co nas powinno interesować najbardziej, czyli, a jakże - sama muzyka. Muzyka nowa, świeża, inna, zaskakująca zwłaszcza dla tych, którzy od Wilsona oczekiwaliby niesłabnącego progrockowego melodramatyzmu. Tak jak wszystkie pomniejsze aspekty płyty świadczące o jej wyjątkowości na tle dorobku artysty, tak i nowa jakość muzyki Wilsona ma swoją konkretną przyczynę. I nie sprowadza się ona bynajmniej do słyszanych tu i tam sloganów typu „Steven się sprzedał”, które zresztą on sam prowokacyjnie i z rozmysłem podsyca przesłaniem „The Future Bites”. Przyczyn ukształtowania tego nowego muzycznego entourage’u należałoby szukać w zgoła innych aniżeli komercyjne przesłankach, bo chociaż, nie oszukujmy się, album musi być dla Wilsona świadomą próbą poszerzenia publiczności, to przede wszystkim stanowi świadectwo nieskrępowanego artystycznego rozwoju.

Wystarczy spojrzeć na przebogaty dorobek Wilsona w przeróżnych inkarnacjach i kooperacjach, by po pierwsze – zauważyć jego niezmiernie bogaty wachlarz inspiracji oraz interdyscyplinarną muzyczną erudycję (tu i ówdzie zresztą eksponowaną nie tylko za pośrednictwem muzyki), a po drugie – dostrzec odwagę, z jaką na różnych etapach kariery przedefiniowywał on swój styl. Pamiętamy chociażby, że swego czasu Wilson lubował się w ciężkim graniu, bez wstydu przywracał nastroje klasycznego progrocka, po dzień dzisiejszy publikuje ambientowe pejzaże. Tym razem jego artystyczna busola wskazała horyzonty tyleż złowrogie dla części jego odbiorców, co doskonale im znane... z wcześniejszych jego dokonań. Obrane na szybko hasła-klucze „pop” i „elektronika” nigdy nie były obce jego muzyce, a formę piosenek, które nie sięgają nawet pięciu minut, już wcześniej egzekwował z powodzeniem.

Tym, co jednak wydaje się najmocniej odróżniać większą część kompozycji od dobrze znanego repertuaru, jest dobór środków wyrazu. Z pewnych rzeczy Wilson zrezygnował, by wprowadzić bądź uwypuklić nowe. Swoistym symbolem tych zmian jest charakter nielicznych gitarowych solówek, które sprowadzają się do dosłownie kilku pojedynczych, rwanych dźwięków („Self”, „Eminent Sleaze”). Gdzieniegdzie jedynie pełniąc funkcję rytmiczną, gitary co do zasady ustępują miejsca syntezatorom i samplerom, a w ich eksploatacji Wilson od zawsze był kreatywny i mocno zaangażowany. Również i strona wokalna nowego materiału przynosi zmiany, jedynie sygnalizowane na wcześniejszej płycie – wiele tu zabaw z modulacją głosu, ale przede wszystkim wybija się szerokie zastosowanie damsko-męskich chórków.

Muzyka na „The Future Bites” jest na tyle charakterna, że zachęcanie do niej zdeklarowanych sceptyków nie ma racji bytu, mimo że w tych niespełna trzech kwadransach można by znaleźć nie tylko dalekie echa wcześniejszej, dajmy na to – rockowej twórczości Stevena Wilsona, ale i kompozycje, które w całości doskonale odnalazłyby się obok starszych piosenek („12 Things I Forgot”, „Count Of Unease”). Będzie to album przez jednych uwielbiany (o tym jestem przekonany, wszak nowa optyka Wilsona zdecydowanie nie pozbawiła muzyki wysokiej jakości), przez innych definitywnie odrzucony.

O ile w przypadku poprzedniego albumu „To The Bone” Steven Wilson wyraźnie bał się wielkiej wolty, stojąc w rozkroku pomiędzy art-rockiem a popem, „strasząc” co poniektórych skocznym „Permanating”, o tyle tutaj zagrał va banque, co wobec „konsumpcyjnego” ducha unoszącego się nad płytą może, ale nie musi przynieść wymierny efekt sprzedażowy. Z pewnością jednak „The Future Bites” jest sukcesem artystycznym, a wszystkim sceptykom pozostaje przypomnieć, że Wilson nie zabiera ze sobą „The Raven That Refused To Sing”, w zamian proponując coś z innej muzycznej planety, ale jako pewny swego artysta dokłada kolejną, bardzo wyrazistą perłę do swojego eklektycznego dorobku.

MLWZ album na 15-lecie