Transatlantic - The Absolute Universe–The Breath Of Life (Abridged Version) & The Absolute Universe–Forevermore (Extended Version)

Tomasz Dudkowski, Transatlantic - The Absolute Universe–The Breath Of Life (Abridged Version) & The Absolute Universe–Forevermore (Extended Version)

Tym razem siedem lat kazali czekać na swoje kolejne wspólne dzieło panowie Neal Morse, Roine Stolt, Mike Portnoy oraz Pete Trewavas. Piąty album (co zostało zaznaczone w tytule przez wyróżnienie liter TAV oraz stosownym logo na dyskach i tylnej okładce) został skomponowany podczas zasadniczej sesji, która wyjątkowo miała miejsce nie w Stanach, jak zazwyczaj, a w Szwecji. Zespół zebrał się we wrześniu 2019 roku w Fenix Studio w Varnhem. Prace przebiegały na tyle sprawnie, że zarejestrowano bardzo dużo pomysłów. Gdy w następnym roku nastąpił lockdown, muzycy mieli więcej czasu na kontynuację prac. Morse stwierdził, że mniej więcej 90 minut materiału to za dużo i może warto by nieco go skondensować, tak by zmieścił się na jednym, około 60-minutowym dysku. Przeciwny takiemu rozwiązaniu był Stolt. Aby zażegnać potencjalny konflikt Portnoy zaproponował, by nagrać i wydać obie wersje. I tak do naszych rąk trafiło nowe dzieło grupy w wersji bardziej pierwotnej, „wydłużonej”, zatytułowanej „Forevermore” oraz „skróconej” z podtytułem „The Breath Of Life”. I choć na obu wariantach znajdujemy dużo punktów wspólnych, to jednak ta odmienność jest mocno słyszalna. Inny miks, inne długości utworów i z częściowo odmiennymi tekstami („Forevermore” był napisany jeszcze przed pandemią, „The Breath Of Life” już podczas covidovej rzeczywistości). Nie wszystkie z oryginału utwory z oczywistych powodów weszły do skróconej propozycji, a ta z kolei ma też fragmenty zarezerwowane wyłącznie dla niej.

Podczas prac Morse zaproponował, by zespół stworzył kontynuację trzeciego albumu – „The Whirlwind”. I choć to rozwiązanie zostało odrzucone, to jednak „The Absolute Universe” ma najwięcej wspólnego właśnie z tym krążkiem. Zrezygnowano z podziału „trochę piosenek i 2-3 suity” i zaproponowano zestaw krótszych form (żadna ze ścieżek nie trwa powyżej 10 minut), ale połączonych w całość, z powtarzającymi się motywami.

TransatlanticTheAbsoluteUniverse ForevermoreZacznę może od tego bardziej „pierwotnego”, dwupłytowego zestawu. „Forevermore” to osiemnaście ścieżek podzielonych po równo między dwa dyski. Już rozpoczynający całość „Overture” bez cienia wątpliwości zdradza nam kto stworzył to nagranie. Mamy tu klasyczne klawisze Morse’a, melodyjne granie na gitarze Stolta oraz gęstą pracę sekcji Portnoy-Trewavas. To utwór w większości instrumentalny, z powtarzanym jedynie wersem „Belong, belong, better to belong”. Słyszymy go potem jeszcze kilkukrotnie w czasie trwania albumu (czasem w wersji „Be long, be long, beter to belong”). W „The Darkness In The Night” fajnym basem czaruje Trewavas, z kolei „Looking For The Light” swój czas ma Portnoy, który może pokazać swoje zdolności wokalne. I trzeba przyznać, że efekt jest bardzo ciekawy. Pierwszy dysk kończy najdłuższy w zestawie, ponad 9-minutowy „The World We Used To Know” z dominującym wokalem Stolta (który raczy nas też piękną solówką), którego w końcówce zmienia Morse. Drugi krążek rozpoczyna „The Sun Comes Up Today” ze wstępem śpiewanym a capella i interesującą partią smyków (gościnnie grają na nich Gideon Klein i Josee Weigand) oraz popisami klawiszowca i gitarzysty na swoich instrumentach. Wokalnie całkiem nieźle radzi sobie tutaj Trewavas. Jego wokal dominuje też w jednej z najpiękniejszych pieśni w zestawie, „Solitude”:

“There in the dark with my solitude

Finding the answers to question why

Asking myself, what will I become?

Searching for clues that will ease my mind

There in the dark with my solitude

Finding the answers to question why

But there’s a fire in my soul and it’s burning now

To fight for my life and be homeward bound”.

Chyba jeszcze nigdy jego głos nie był tak eksponowany w utworach kwartetu (nie licząc „Lending A Hand” z „The Whirlwind”, a właściwie z jego bonusowego dysku). W drugiej części mikrofon przejmuje Neal, który wyśpiewuje zainaugurowany w akustycznym „Love Made A Way (Prelude)” temat. Właściwa, majestatyczna, wersja tego utworu kończy album w stylu znanym z wcześniejszych dokonań. Inne warte odnotowania fragmenty? Na przykład „Owl Howl” ze złowieszczym śpiewem Stolta i odjechaną partią solową Morse’a, czy też beatlesowski „Rainbow Sky”.

TransatlanticTheAbsoluteUniverse TheBreathOfLifePrzejdę teraz do jednopłytowej odsłony z podtytułem „The Breath Of Life”. Już „Overture” różni się od wersji znanej z „Forevermore”. Po pierwsze jest krótsza, a po drugie całkowicie instrumentalna. Następujący po niej, zaprezentowany światu jako pierwszy z albumu, „Reaching For The Sky” to tak naprawdę „Heart Like A Whirlwind” z innym tekstem i nieco inaczej podzielonymi odpowiedzialnościami za ścieżki wokalne, na czym skorzystał Pete, który śpiewa spore fragmenty zwrotek. „Take Now My Soul” to z kolei „Swing High, Swing Low” z inną warstwą liryczną. Trochę inne brzmienie ma „Love Made A Way (Prelude)” a jego zasadnicza, kończąca wydawnictwo odsłona została wydłużona. Z kolei „Solitude” zaprezentowano w bardziej zwartej formie (Morse zdecydował się by skrócić śpiewaną przez siebie część). Znalazło się też miejsce dla jednej piosenki, której brak na „Forevermore”. Jest nią całkiem przyjemna „Can You Feel It”. Nie będę tu rozpisywał się o wszystkich niuansach różniących obie odsłony „The Absolute Universe” pozostawiając frajdę z wyszukiwania różnic słuchaczom.

A jakby komuś było mało tych odsłon, to zespół (a właściwie Mike Portnoy wraz z producentem Richem Mouserem) przygotował trzeci miks – ten znajduje się na dysku blu-ray wydanym w boksie zbierającym wszystkie formaty (CD, winyle i właśnie ten blu-ray) oraz na samodzielnym, limitowanym wydawnictwie (już wyprzedanym, ale wiadomo, że w marcu będzie ponownie dostępny). Utwory z „Forevermore” i „The Breath Of Life” zmiksowano w formacie 5.1 surround, tworząc odrębną, trzecią całość.

Nie miałem jeszcze okazji by wysłuchać tego ostatniego miksu, a z tych „podstawowych” za ciekawszy uważam ten skrócony. Na pewno jest on bardziej przystępny, nie przygniata swoją długością. „Forevermore” właśnie przez czas trwania nieco nuży. Ale żeby być sprawiedliwym, na „The Breath of Life” doskwiera brak utworów „The Sun Comes Up Today” i, przede wszystkim, „The World We Used To Know”. Ten, jak już wcześniej wspomniałem, najdłuższy fragment obu odsłon zdecydowanie wyróżnia się, zarówno ciekawą muzyką jak i tekstem o świecie, w którym żyjemy, śpiewanym głównie przez Roine:

„The world we used to know is getting colder

The madman’s on a quest

He’s shaking borders

His hands upon a crown

But when he slip the world is falling down

The world will never learn

Just burn, burn, burn”.

Parafrazując, grupa podeszła do wydania albumu zgodnie z zasadą „More Is Never Enough” (koncertowy album z 2011 roku), ale chyba lepiej gdyby zastosowała się do marillionowego „Less Is More”.

Na twórczość Transatlantic zwróciłem uwagę głównie przez fakt, że w jej składzie znalazł się basista jednego z moich ulubionych zespołów, wspomnianego Marillion. W porównaniu z macierzystą formacją jego bas jest mocniej słyszalny w nagraniach, a jego gra jest też bardziej żywiołowa. Utwory takie jak „The Darkness In The Light” i „Looking For The Light” najbardziej wyróżniają się właśnie dzięki interesującym partiom czterech strun. No i wokalnie też poradził sobie całkiem nieźle. Ciekawe, czy kiedyś dojdzie do sytuacji, że Hogarth pozwoli mu w bardziej zdecydowany sposób wykazać się swoimi zdolnościami wokalnymi?

Skoro w tytule albumu mamy Wszechświat, to i tematyka okładek też jest iście kosmiczna. Na każdej z nich widzimy sterowiec z napędem rakietowym przemierzający przestworza. Ich autorem jest Thomas Ewerhard. Stworzył on odrębne dzieła dla „Forevermore” (wydanego na dwóch krążkach CD oraz trzech winylach), „The Breath Of Life”(jeden kompakt i podwójny winyl) oraz zbierającego wszystkie formaty w całość, boksu „The Ultimate Version” (3 CD, pięć transparentnych winyli oraz dysk blu-ray).

Ciekawie przebiega promocja albumu. Każdy z muzyków został przepytany online nie przez dziennikarzy, a także przez kolegów po fachu. I tak, Mike Portnoy rozmawiał z Rossem Jenningsem (Haken), Roine Stolt z wokalistą grupy Steve’a Hacketta, Nadem Sylvanem, Pete Trewavas z kolegą z Kino, Johnem Mitchellem (również Arena, Lonely Robot, Frost*, a ostatnio też zespół Fisha), a Neal Morse odpowiadał na pytania wokalisty i gitarzysty Teda Leonarda (Spock’s Beard, Pattern-Seeking Animals, Enchant).

Opisywane krążki to zestaw ze wszech miar typowy dla dokonań Transatlantic. Brak tu zaskoczeń. No może poza formą wydania jako dwóch odrębnych albumów. „The Absolute Universe” to bardzo solidne płyty, ze świetnymi instrumentalnymi popisami oraz jak zwykle bardzo interesującymi partiami wokalnymi, do tego świetnie wyprodukowanymi. I choć nie wnoszą niczego nowego do wizerunku amerykańsko-brytyjsko-szwedzkiego kwartetu, to przynoszą (dużą) dawkę materiału, który bez wątpienia przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom wcześniejszych dokonań grupy.

MLWZ album na 15-lecie