D Project

Raven Sad - The Leaf And The Wing

Artur Chachlowski, Raven Sad - The Leaf And The Wing

Włoska grupa Raven Sad powstała  w 2005 roku i przez długie lata działała jako projekt kierowany przez gitarzystę Samuele’a Santannę, do którego dopraszał on różnych muzyków. W taki sposób powstały trzy pierwsze płyty: „Quoth” (2008), „We Are Not Alone” (2009) oraz przedstawiana swego czasu na naszych łamach „Layers Of Stratosphere” (2011). Po jej wydaniu projekt o nazwie Raven Sad poszedł w odstawkę i wydawało się, że stanowi on już zamkniętą na zawsze kartę włoskiego (neo)progresywnego rocka.

Tymczasem w pierwszych dniach tego roku grupa Samuele’a Santanny niespodziewanie przypomniała o sobie wydając album „The Leaf And The Wing”. Wygląda na to, że  wraz z najnowszym albumem Raven Sad przekształcił się z jednoosobowego projektu z dopraszanymi okazjonalnie gośćmi w regularny pięcioosobowy zespół, który, obok Santanny, tworzą dwaj nowicjusze: Marco Geri (gitara basowa) i Francesco Carnesecchi (perkusja), znany z poprzednich płyt Fabrizio Trinci (instrumenty klawiszowe) oraz wokalista Gabriele Marconcini (to były frontman grup Biofonia i Merging Cluster), który z powodzeniem przejął od Samuele’a Santanny wszystkie główne partie wokalne.

Dziesięcioletnia przerwa wydawnicza i istotne zmiany personalne nie wywołały większej rewolucji w stylistyce, w jakiej utrzymany jest najnowszy album. To wciąż ten sam dostojny, spokojny i marzycielski prog rock zagrany w nieśpiesznym tempie, bez zbędnych drastycznych zmian tempa i dramatycznych zwrotów akcji. Chwilami zawieszony jakby na pograniczu progresywnej psychodelii i neoprogresu.

Album „The Leaf And The Wing” składa się z sześciu długich, około dziesięciominutowych utworów obłożonych, niczym okładki książki, dwiema częściami kompozycji „Legend”. Otwierająca płytę i stanowiąca instrumentalne intro przepełnione pozamuzycznymi odgłosami, jej część pierwsza trwa półtorej minuty, a umieszczona na samym końcu płyty, wykorzystująca ten sam, choć nieco przetransponowany, motyw melodyczny, część druga to temat niespełna czterominutowy. A pomiędzy nimi sześć mocnych kompozycji, z których każda maluje swój odrębny  dźwiękowy pejzaż. Stanowią one żywy przykład takich utworów, przy słuchaniu  których warto na uszy założyć słuchawki, zamknąć powieki i… marzyć.

Praktycznie przez cały czas w centrum uwagi znajdują się delikatne partie gitar Santanny oraz pastelowe plamy klawiszy Trinciego, którzy niczym kiedyś David Gilmour i Richard Wright w Pink Floyd w sposób marzycielski i wysmakowany tworzą efektowne dźwiękowe tła. Ale to świetna praca gitar jest kluczem do zrozumienia ducha tej płyty, nawet jeżeli wsparcie klawiatur Fabrizio Trinciego jest ewidentne, a chwilami wręcz fundamentalne. Do tego dochodzi lekko rozedrgany, chwilami teatralny i bardzo ‘włoski’ (choć bardziej z powodu charakterystycznej maniery niźli obcego akcentu) głos Gabriele Marconciniego, którego wokalny talent objawia się w kilku kulminacyjnych momentach tego albumu, a  w kilku innych wznosi się wręcz na prawdziwe wyżyny (m.in. w bardzo solidnej kompozycji „Absolution Trial” czy w utworze stanowiącym mój ulubiony fragment płyty, „The Sadness Of The Raven”). Jego nosowy śpiew i wokalna ekspresja przypominają mi Martina Edena z grupy Chandelier. I to do tego stopnia, że gdyby ktoś zapodał mi ten album twierdząc, że to ‘nowy Chandelier’, to pewnie bym w to uwierzył…

Uderzające są również inne szczegóły, takie jak na przykład finezyjnie wpleciona partia wiolonczeli pod koniec utworu „Ride The Tempest”, dialogi z interkomu w „Colorbox” czy instrumentalna gitarowa jazda w „Approaching The Chaos”. Zresztą praktycznie w każdym momencie nowej płyty zespół z powodzeniem dba o upiększenie swojej muzyki, która i tak, bez żadnych zbędnych zabiegów, wydaje się maksymalnie nasycona pozytywnymi emocjami.

Polecam tę płytę, szczególnie jeżeli lubi się marzycielskie klimaty w stylu Pink Floyd, Eloy, Chandelier czy Airbag. Bardzo dobrze się jej słucha, bo to naprawdę dobre  progresywne granie. 

MLWZ album na 15-lecie